Tak, wiem, powtarzam się, ale muszę to powiedzieć raz jeszcze: Tokio to niesamowita metropolia. Tutaj można mieć frajdę ze wszystkiego, nie tylko z miejsca, do którego zmierzasz, ale i z samej podróży. Tak, wiem, dla niektórych takie stwierdzenie brzmi co najmniej dziwnie - cieszyć się z korzystania z komunikacji miejskiej?! To jakaś paranoja! Może i tak, ale nie w Tokio. A oto jeden z najlepszych na to przykładów.
O tokijskiej komunikacji miejskiej już się nie raz rozpisywałem i zapewne będę się jeszcze nie raz rozpisywał, dlatego na razie odstawię ten temat na bok i skoncentruję się na jednej, magicznej nazwie: Yurikamome. Brzmi dziwnie? Niekoniecznie.
Co oznacza to słowo? Po japońsku oznacza ono dokładnie tyle, co "mewa śmieszka", czyli jest to nazwa jednego z gatunków tych wodnych ptaków, których w okolicach zatoki tokijskiej nie brakuje. I właśnie tutaj, pomiędzy strzelistymi budynkami, a tą samą zatoką, na wysokości kilku pięter, porusza się niezwykła kolejka miejska, zwana właśnie Yurikamome.
Co w niej jest takiego nadzwyczajnego, zapytacie? Jak zwykle pokrętnie i nieco może nawet złośliwie, odpowiem: musicie się nią przejechać sami, aby to naprawdę pojąć. Mam nadzieję, że ten właśnie odcinek naszej filmowej serii, choćby troszeczkę, choćby odrobinkę, pomoże wam zrozumieć moją fascynację tym przesympatycznym środkiem transportu.
Chociaż, nie. Nie pomoże. Tego trzeba doświadczyć samemu. Ja do dziś pamiętam swój pierwszy raz, gdy wsiadłem do tej kolejki, zupełnie nie spodziewając się tego, co mnie za chwilę spotka. To był mój pierwszy dzień w Tokio. Pamiętam jak przez kolorową mgłę, gdy zmęczony po podróży, pośpiesznie porzuciłem rzeczy w hotelu i poganiany czasem, popędziłem na stację, aby na drugim końcu miasta spotkać mych towarzyszy podróży. Dzień miał się powoli ku końcowi, niebo leniwie stawało się stalowoszare, znad zatoki napływał pachnący wiosną wiatr, a ja półprzytomny ze zmęczenia i naładowany niesamowitymi wrażeniami, pływającymi w morzu adrenaliny, niczego nieświadomy, wskoczyłem do wagonu kolejki Yurikamome. Po chwili pociąg ruszył przed siebie, a ja oniemiałym gajdzińskim wzrokiem, pochłaniałem błyszczące w zachodzącym słońcu oszklone budynki i odbijające się w spokojnej powierzchni wody przepięknymi odcieniami pomarańczy, chowające się za lustrem zatoki tokijskiej, słońce. - Boże! - pomyślałem chyba wtedy. - Co to za miejsce?! Co się właściwie stało?! A więc to tak wygląda Tokio o zachodzie słońca?! To jest po prostu... piękne. - Gapiłem się zauroczony, zatopiony i zakochany w grze ciepłych świateł, pędząc labiryntem pomiędzy budynkami, niczym w jakiejś nierealnej scenie, wyrwanej z obłędnie bajecznego filmu science-fiction. - W życiu piękne są tylko chwile - przypomniałem sobie wtedy słowa pewnej piosenki. - I to jest jedna z takich chwil. Tak cholernie wzruszających i zapadających w pamięci, wyjątkowych chwil, trudnych do opisania słowami. Chwil, które cię definiują i określają twoje miejsce na ziemi. Chwil, które zostaną z tobą do końca życia. Chwil należących tylko do ciebie. Chwil, które posiadają moc przemiany otaczającego cię wszechświata. - Witaj, Tokio - uśmiechnąłem się gdzieś w głębi siebie, zauroczony tym, co widzę. - Wiesz, co? Chyba się polubimy. - I chyba właśnie wtedy coś we mnie uległo nagłej i nieodwracalnej przemianie. Wysiadłem z pociągu już jako inny człowiek. Bo prawdziwa miłość dopada nas zawsze znienacka.
Yurikamome, oprócz samej trasy, która dostarcza tak fantastycznych wrażeń, ma jeszcze jednego asa w rękawie: nie ma maszynisty. Cała kolejka bowiem obsługiwana jest na odległość ze specjalnego "centrum sterowania", dzięki czemu pasażerowie mają okazję skorzystać z miejsc mieszczących się na samym początku składu i mogą obserwować swoją fantastyczną podróż z punktu widzenia osoby prowadzącej pociąg. I właśnie to chciałem wam między innymi pokazać na niniejszym filmie. Co prawda za dnia, bez zachodu słońca i innych romantyczno-uczuciowych dodatków, ale od czegoś trzeba zacząć. Usiądźcie zatem wygodnie i... ruszajmy w drogę!
W drugiej części filmu ujrzymy jedno z najpopularniejszych miejsc na wyspie/dzielnicy Odaiba z którego rozciąga się niesamowity (zwłaszcza wieczorami) widok na stojący nad zatoką Rainbow Bridge (Tęczowy Most) oraz kilka innych, znanych miejsc: miniaturową replikę Statuy Wolności, czy też charakterystyczny budynek Fuji TV.
Oczywiście sama Odaiba kryje w sobie o wiele więcej niespodzianek i to, co zobaczycie na naszym filmie, to - owszem - charakterystyczne i warte poznania miejsca, ale na pewno nie jedyne warte tu ujrzenia. I nie zdziwi chyba nikogo, jeśli dodam, że jeszcze tu wrócimy.
Niektórzy z was pewnie, patrząc na tę betonowo-industrialną dżunglę, będą się zastanawiać, co ja właściwie widzę nadzwyczajnego w tym miejscu? Ale uwierzcie mi (lub nie) - to miejsce jest warte bardziej wnikliwej penetracji, bo naprawdę potrafi zaskoczyć i dostarczyć wiele frajdy. Mamy zatem nadzieję, że nasz kolejny film również wam tej frajdy dostarczy. Miłego oglądania Odaiby. A przynajmniej, jej części.
Temat wszelakich japońskich sklepów, w których fani japońskiej popkultury mogą znaleźć wiele różnych ekscytujących różności, powraca i zapewne będzie powracać w naszym filmowym cyklu. A zatem, kontynuując temat "wracania", tym razem wrócimy do dwóch znanych już wam z wcześniejszych filmów miejsc: Nakano Broadway oraz Jimbocho. Zajrzymy co prawda również do Akihabary, ale będzie to wizyta nietypowa, bo wylądujemy w jednej z księgarń w pewnym domu handlowym, aby przekonać się, że każde miejsce w Japonii może dostarczyć wiele radości fanowi japońskiej popkultury.
Nakano Broadway to bardzo sympatyczny, kilkupiętrowy pasaż handlowy, który swoim klimatem przenosi nas na koniec XX wieku. Lecz dla miłośnika tutejszej popkultury największe skarby kryją się właśnie na jego wyższych piętrach, gdzie roi się od fanowskich sklepów pełnych tak niezwykłych rzeczy, że sam ich pobieżny przegląd wystarczyłby na sporą książkę. Jest to jedno z tych miejsc, gdzie warto się udać, aby nie tracąc czasu mieć do dyspozycji w jednym miejscu cały przekrój fanowskich dóbr wszelakich.
Niezwykle ciekawym miejsce jest również Jimbocho (lub Jinbocho), dzielnica pełna księgarń i wydawnictw. Trafiliśmy tu do pewnej niepozornej księgarenki (prowadzonej przez przemiłą panią ubraną w gotycki strój), wypełnionej po brzegi przede wszystkim magazynami poświęconymi japońskiej muzyce rockowej. Raj dla każdego miłośnika j-rocka. Ponadto można tu było znaleźć niezwykłe gadżety fanowskie, często tak unikalne, że aż dziw, iż tak po prostu można było je nabyć. Ale to jest właśnie Tokio, moi drodzy fani - tutaj jest wszystko. A jeśli czegoś nie ma, to znaczy, że jeszcze tego nie wymyślono. Miłego oglądania.
Jeśli podobały ci się pokazane w tym filmie miejsca, zobacz je również na innych naszych filmach:
Materiał na ten odcinek został nakręcony "przypadkiem", dlatego nie traktujcie go zbyt poważnie. To był Golden Week 2011, wszystkie poczty w Tokio pozamykano na cztery spusty, a my musieliśmy na gwałt wysłać międzynarodową przesyłkę słusznych rozmiarów. No i pojawiło się rozwiązanie. Doszła nas wieść miejska, że jest jeden, malutki, niezwykły, ukryty w gąszczu potężnych wieżowców, punkcik pocztowy, w którym grupka heroicznych pracowników tejże instytucji, narażając swe zdrowie i życie, czuwa aby tacy głupi i zagubieni gajdzini jak my, mogli wysłać przesyłkę w dzień wolny od ganbarowania, czyli pracy. No i wyruszyliśmy w tę wielką i niebezpieczną wyprawę, podczas której nasz los nie był taki pewny.
Ów punkt poczty japońskiej, obsługiwany przez pięciu dzielnych salarymanów, znajdował się w tokijskiej dzielnicy zwanej Tokio. Tak, ta dzielnica nazywa się tak samo, jak to miasto. I jest to dzielnica diabelnie nudna, bo znajdują się tam wyłącznie rządowe biurowce. No, nie licząc Pałacu Cesarskiego. Ale tam akurat dosyć trudno się dostać. Co nie znaczy, że jest to niemożliwe.
Innym wartym uwagi miejscem w dzielnicy Tokio w Tokio, jest sławna stacja kolejowa Tokio. Przepiękna, klasyczna już w swej formie budowla, której bardzo kosztowna i szczegółowa restauracja zakończyła się pod koniec roku 2012. Zdjęcia te nakręciliśmy na początku kwietnia 2011, dlatego nie ujrzycie budynku stacji na tym filmie (pomijając stare zdjęcia), gdyż będąc w remoncie został on szczelnie zapakowany, jak to się zwykło czynić podczas remontów w Japonii. A nawet, gdyby nie został zapakowany, to nasz pośpiech tak bardzo wpływał na intensywność machania kamerą, że i tak niewiele byście ujrzeli. A zatem dobrze, że budynek był zapakowany, bo w ten sposób nic nie straciliście.
Tak czy owak w końcu udało nam się odszukać wspomnianą placóweczkę poczty japońskiej (co nie było łatwe, zwłaszcza że czas nas bardzo naglił), której powierzchnia - dałbym głowę - była mniejsza niż powierzchnia zajmowana przez zatrudnionych w niej, miotających się pięciu dzielnych pocztowców. Załatwiliśmy zatem swoją naglącą potrzebę wysłania przesyłki, a następnie w drodze powrotnej na stację, wiedziony impulsem globtrotera uzależnionego od kamery, "niespodziewanie" włączyłem trzymane w podręcznej torbie to jakże użyteczne urządzenie do nagrywania i machając nim na wszystkie strony, gawędziliśmy sobie o tym, co widzieliśmy wokół. A że widzieliśmy niewiele, bo zasłaniały nam wszystko nudne biurowce, to i gadaliśmy bez sensu i od rzeczy, aby jakoś zająć sobie czas. I właśnie ten krótki epizod z naszej nieodpowiedzialnej "goldenweekowej tokijskiej odysei" będziecie mieć okazję tu ujrzeć. Choć przed obejrzeniem zalecam łyknięcie tabletki przeciw chorobie lokomocyjnej. Nie wiem, czy pomoże, ale przynajmniej będzie to poniekąd kompatybilne z tytułem filmu.
Jednocześnie mamy nadzieję jeszcze wrócić do dzielnicy Tokio, aby pokazać wam Tokyo Station w całej krasie. Ale to już zupełnie innym razem. A tymczasem, dziękujemy za uwagę i zapraszamy do takiego sobie oglądania.
Ten materiał powstał spontanicznie pierwszego ranka zaraz po przyjeździe do Tokio w roku 2011. Chwil kilka po pamiętnym kataklizmie. Stolica Japonii nawiedzana była wtedy niesamowitą liczbą wstrząsów wtórnych, a my byliśmy (jak zwykle) podekscytowani nową wyprawą po naszych ulubionych japońskich zakątkach. Ot, zwykły tokijski poranek.
Ale, znowu nie taki zwykły, bo dla nas w Japonii nie ma zwykłych poranków. Każdy z nich jest wyjątkowy. Każda minuta tam spędzona jest dla nas bardzo cenna. Wyjątkową rzeczą podczas tego wyjazdu był również nowy, ekscytujący element tokijskiego krajobrazu - Tokyo Sky Tree. Ta potężna wieża dominuje nad Tokio, tak jak kiedyś dominowała Tokyo Tower. Widać ją praktycznie z każdego miejsca w mieście, a zatem w tle naszej balkonowej impresji filmowej będzie dominowała, wtedy jeszcze nadal w budowie, strzelista wieża, dwa razy wyższa niż Tokyo Tower - nowy symbol stolicy Japonii, zwany przez Japończyków - Tokijskim Podniebnym Drzewem.
Nie będzie to jednak film o Tokyo Sky Tree (na to przyjdzie jeszcze czas - materiały w przygotowaniu), a jak wskazuje tytuł odcinka, będzie to "balkonowa pogadanka" o różnych dziwnych, ważnych i mniej ważnych, rzeczach. A o jakich? Sami się przekonajcie. Miłego oglądania.
Z japońską polityką po raz pierwszy bezpośrednio zetknąłem się na ulicy, gdy moje uszy zostały zaatakowane okrzykami, dobiegającymi z megafonów przejeżdżającego obok miniwana. Było to dziwne spotkanie, bo i dziwne są z naszego (gajdzińskiego) punktu widzenia zwyczaje panujące w świecie japońskiej polityki. Japońskich polityków nie ma podczas kampanii wyborczych w radiu i telewizji. Nie używają oni internetu do działań wyborczych i nie organizują wieców wyborczych. Dlaczego? Odpowiedź na to pytanie jest prosta i dziwna zarazem: bo im nie wolno.
Japońskie przepisy regulujące dopuszczalne formy działań wyborczych są tak szczegółowe, że określają nawet liczbę osób, mogących poruszać się samochodem używanym do kampanii, czy też liczbę lampionów mogących wisieć na budynku będącym siedzibą kandydata. Efekt jest taki, że japońscy kandydaci do parlamentu nie mają innego wyjścia, jak produkować plakaty i krzyczeć przez megafony. Jest to o tyle intrygująca sytuacja, gdyż nie zanosi się na szybką i całkowitą zmianę tychże przepisów (choć ostatnio przebąkiwano coś o zmianach w kwestii internetu), a jednocześnie wszyscy są tym stanem rzeczy sfrustrowani, zarówno wyborcy, jak i kandydaci. No, bo wyobraźcie sobie, gdybyście od rana do wieczora, bez względu na to, czy siedzicie w domu, czy wychodzicie do miasta, byli zdani na wszechobecne wrzaski, zachęcające (a raczej: zniechęcające) was do zagłosowania na danego kandydata. Niezbyt miła wizja, prawda? No właśnie. A Japończycy znoszą to w milczeniu. Co nie znaczy, że im się to podoba.
Lecz to oczywiście niczego nie zmienia. Japońscy politycy nie mają wyboru, więc korzystają z tych środków z których korzystać mogą. Walczą więc od rana do nocy, czyli "ganbarują", jak określają to Japończycy, no bo jak inaczej mają zapracować na głosy wyborców, jak nie udowodnieniem, że są w stanie pracować ponad własne siły dla dobra społeczeństwa? Owszem, i tak mało kto im wierzy, bo kto wierzy politykom, ale tak to już jest, że zazwyczaj musimy wybierać nie tych, którym ufamy, lecz tych, którzy narobią najmniejszych szkód.
Powiem szczerze, że polityka mnie męczy, nudzi i zniesmacza, ale uznałem że akurat to zjawisko jest na tyle zabawne, że warto o nim wspomnieć. Sami zobaczcie jak to wygląda w praktyce i co o tym sądzicie. Ganbare!
Hotele miłości to w Japonii zjawisko o wiele szersze, niż by się mogło z pozoru wydawać. Jest ono tak różnorodne i na tyle długo obecne w japońskiej rzeczywistości, iż można by mu poświęcić niejedną książkę (co zresztą niejednokrotnie uczyniono). My natomiast nie będziemy dokonywać tu jakichś głębokich analiz, a po prostu przyjrzymy się temu zjawisku okiem ciekawskiego turysty gajdzina, który wiele o tych "przybytkach relaksu" słyszał i sam również chętnie chciałby na własne oczy ujrzeć jeden z nich. Zajrzyjmy więc tam razem.
W Tokio i okolicach (i nie tylko tam, rzecz jasna) można znaleźć mnóstwo hoteli miłości w najróżniejszych stylach i klimatach, zarówno w tych niezwykłych, jak i całkiem "zwykłych". Właściwie to obowiązuje tu tylko jedna zasada - zaproponować coś, czego nie ma konkurencja. A ta jest tu naprawdę spora, bo i sam biznes przynosi niebagatelne zyski. Klient natomiast może wybierać i przebierać do woli w niesamowitej ofercie, od pałaców fantasy, po naładowane elektroniką wizje sf - tu jest absolutnie wszystko.
Jak już wspomniałem, nie wszystkie hotele miłości są okazałe i ekstrawaganckie, wszak chodzi tu o to, aby mieć jak największy wybór; znajdziemy więc tu również klasyczne pokoje-sypialnie z wielkimi łóżkami, nowoczesną łazienką z jacuzzi, wielkim telewizorem, itp. Zależnie więc od tego, jakim dysponujemy budżetem i na co w danej chwili mamy ochotę, czy na bezludną wyspę z szumem fal w tle, czy pokój pełen postaci z anime, średniowieczne lochy z pobrzękującymi łańcuchami, królewską sypialnię, nowoczesne lokum dla maniaków gier konsolowych, czy też na "zwykły" pokój z wszelkimi, klasycznymi wygodami, w love hotelach znajdziemy to wszystko i o wiele więcej.
W Tokio natkniecie się na całą masę luźno stojących hoteli miłości, ale największe zainteresowanie (w tym mediów i gajdzinów), wywołują miejskie skupiska tychże przybytków. Dwie najsławniejsze ulice hoteli miłości mieszczą się w sławnych tokijskich dzielnicach rozrywek: Shibuya i Shinjuku i to właśnie oba te miejsca odwiedzimy z naszą kamerą. Nieco więcej o tym wydarzeniu wspominam również w mojej książce, do której lektury serdecznie zapraszam wszystkich miłośników Kraju Kwitnącej Wiśni.
Hotele miłości głównie kojarzone są (i nie bez przyczyny) z seksem, ale sam przekonałem się, że są one zjawiskiem o wiele bardziej złożonym i uniwersalnym. Kto korzysta z love hoteli? Absolutnie wszyscy (pełnoletni) mieszkańcy Japonii: małżeństwa z dłuższym stażem, młode pary, przygodnie poznani partnerzy - pełen przekrój społeczeństwa. Mieszkanka w wielkich miastach, zazwyczaj bardzo małe i poprzedzielane cienkimi ścianami, nie są dobrymi miejscami do aktywności seksualnej. Hotele miłości zatem skutecznie zapełniają tę lukę.
Owszem, nie ma co ukrywać (choć czasem się próbuje, nie wiedzieć, po co), że chodzi o seks, ale też chodzi o coś więcej - o łatwo i szybko dostępny relaks i wypoczynek. Sam na sobie wielokrotnie przetestowałem, jak cudowną rzeczą jest wynająć taki komfortowy pokój podczas męczącego dnia i spędzić w nim te kilka naprawdę odprężających godzin. Aromatyczne jacuzzi, wielkie łóżko z rozluźniającym masażem, miękki szlafrok, delikatne dźwięki przyrody zmiksowane z muzyką medytacyjną, przygaszone, nastrojowe światła i pilot do klimatyzacji oraz wielkiego telewizora pod ręką - to tylko powierzchowna wyliczanka. Po czymś takim, zmęczony intensywnym dniem miłośnik Japonii, wychodzi na światło dzienne niczym nowo narodzony supergajdzin, pełen energii i gotowy do dalszego eksplorowania kraju. Brzmi miło? I takie właśnie jest. Seks może być i często jest elementem towarzyszącym odwiedzinom tych miejsc, ale głównym celem, zwłaszcza dla zmęczonego i zabieganego mieszczucha, jest ogólnie pojęty - wypoczynek.
Och, jakże mi takich miejsc, tak powszechnie dostępnych, brakuje w Polsce!
Hotele miłości, czy też, jak mawiają Japończycy - rabu hoteru (ラブホテル) - wynajmuje się głównie na godziny ("rest"), choć istnieje również opcja wynajęcia na całą noc ("stay"). Zależnie od miejsca, czas wynajmu waha się od jednej do trzech godzin, choć również zdarzają się i czterogodzinne opcje. To jest o tyle ważna informacja, iż patrząc na zdjęcie danego pokoju (o czym za chwilę), następna rzecz jaką bierzemy pod uwagę, to jego cena i niedoświadczony turysta może przegapić, że istotną informacją jest również czas wynajmu. Czasami więc droższy pokój jest tańszy, bo otrzymujemy go na większą liczbę godzin. Cenę zatem należy przeliczać na godziny.
Większość tego typu hoteli posiada klasyczny system prezentacji i wyboru pokojów. W zazwyczaj wypełnionym nastrojowym światłem i muzyką w tle holu, mamy do dyspozycji tablicę z podświetlonymi zdjęciami i podstawowymi informacjami. Gdy zdecydujemy się wynająć konkretne lokum, wciskami umieszczony przy zdjęciu przycisk rezerwacji i... tyle. Następnie dokonujemy zapłaty, zależnie od opcji w danym hotelu: w zaciemnionym okienku u obsługi w holu, w maszynie umieszczonej w holu lub w pokoju, lub też np. za pomocą systemu pneumatycznego. Od tej chwili pokój jest nasz na określony czas, możemy korzystać z wszelkich umieszczonych tam wygód i dobrze się bawić.
Ceny wynajmu takiego pokoju są tak różne, jak różne są hotele miłości. Możecie wynająć pokój nawet za 2 tysiące jenów, a możecie wynająć taki za 10 tysięcy jenów. Przeciętnie jednak zapłacicie w okolicach 5 tysięcy.
Japońskie hotele miłości to część większej całości, część wielkiego świata japońskiej rozrywki, nie tylko tej nocnej. To, jak różnorodna jest oferta rozrywkowa w Tokio, to temat nie na jeden, a na wiele dużych tekstów i z pewnością jeszcze nie raz do niego wrócimy. Przy okazji zatem, chcieliśmy zwrócić waszą uwagę na tokijską dzielnicę Shinjuku, która jest absolutną królową (zwłaszcza, choć nie tylko) nocnych rozrywek. Jeśli będziecie w Tokio i zapragniecie naprawdę dobrze się zabawić, to już wiecie, gdzie skierować swoje kroki. Miłych wrażeń.
DROGI WIDZU! Filmy, które oglądasz na tym blogu, publikowane są na DWÓCH kanałach YOUTUBE. Możesz je subskrybować, dzięki czemu będziesz natychmiast powiadamiany o każdej nowości! Kliknij na buttony poniżej i bądź na bieżąco!
Japonia oczami fana w The Japan Times
Japonia oczami fana trafiła na łamy The Japan Times.