--- --- --- Spójrz na Japonię oczami fana --- --- --- 愛日本者の目で見る日本 --- --- ---

poniedziałek, 30 listopada 2009

Japonia oczami fana - odcinek 5 - Mangowe zakupy

Wraz z odcinkiem piątym, zdecydowanie wkraczamy w sam środek świata japońskiej popkultury. Zaczynamy od szybkiego przewodnika po "fanowskich zakupach" w Tokyo - i nie łudźcie się, że to co tu pokazaliśmy, wyczerpuje temat - to co tu widać, to zaledwie wstęp - i tak go właśnie potraktujcie. Temat bowiem jest tak bogaty, iż materiału dotyczącego zakupów i rozrywek tylko w jednej tokijskiej dzielnicy, starczyłoby na kilkadziesiąt odcinków. A zatem - jeszcze nie raz do przedstawionych tu tematów i miejsc wrócimy.

Zanim zaczniecie oglądać - jedna uwaga: poniższy film możecie obejrzeć nie tylko na YouTube (niestety - pokrojonego na kawałki, bo jak na razie na YT inaczej się nie da), ale również w serwisie Vimeo - w jednym kawałku. Linka znajdziecie na samym dole tego posta. Cokolwiek wybierzecie, życzę Wam miłego oglądania!



Zakupy w Tokyo

Pamiętam, dawno temu, oglądając jakiś film dokumentalny o Japonii, natknąłem się na wypowiedź pewnej młodej Japonki, która na pytanie: Co jest twoim hobby? - odpowiedziała bez zastanowienia: zakupy. Wtedy uznałem, że to jakaś wyjątkowo głupiutka osoba, no bo jak zakupy mogą być czyimś hobby? Sprawa zaczynała mi dawać coraz więcej do myślenia, gdy natknąłem się na kolejne przypadki "japońskiej zakupomanii", a "ofiarami" tego zjawiska byli różni ludzie: różnych płci, w różnym wieku, wykonujący bardzo różne zawody. Zjawisko to pojąłem w pełni dopiero wtedy, gdy przybyłem do Tokyo. Tak, moi drodzy - w tym mieście jest to jak najbardziej możliwe. Bo cała frajda polega na tym, iż można tu kupić praktycznie wszystko, a wybór i jakość towarów jest niewyobrażalna dla kogoś, kto osobiście nie zetknął się ze zjawiskiem japońskiego społeczeństwa konsumpcyjnego. Wyobraźcie sobie choćby jedną rzecz, którą lubicie - cokolwiek to będzie: muzyka, konkretny zespół, motoryzacja, anime, gry wideo - cokolwiek. I wyobraźcie sobie, że w zasięgu Waszych rąk jest WSZYSTKO. Nie - plotę bzdury - tego się nie da wyobrazić. Tego trzeba doświadczyć.



Akihabara

Akihabara, to miejsce bardzo szczególne dla wszystkich entuzjastów elektroniki, mangi, anime i gier wideo. Nie - "szczególne" to mało powiedziane - to raj. Prawdziwe El Dorado - spełnienie fantazji szalonego fana. Dziesiątki kolorowych sklepów, wypełnionych po brzegi wszystkimi gadżetami, jakie jest w stanie człowiek wymyślić oraz usługami, skierowanymi specjalnie do fanów. Akihabara to światowa stolica fanów - miejsce, w którym wszystko co nierealne jest normą. Jeśli kiedykolwiek marzyliście o tym, aby znaleźć się w świecie swojego ulubionego anime, filmu, gry, itp. - przyjedźcie do Akihabary, a Wasze sny się spełnią. Do samej Akihabary wrócimy jeszcze niejednokrotnie - ten film potraktujcie tylko jako rozgrzewkę.



Harajuku

Harajuku to kolejne, po Akihabarze, "magiczne miejsce" w Tokyo, które każdy fan japońskiej popkultury obowiązkowo znać powinien. Szczególną uwagę w tym filmie poświęciliśmy najsławniejszej ulicy w tej dzielnicy - Takeshita Dori. Ulica ta to centrum mody młodzieżowej, na której mieszczą się liczne sklepy z oryginalnymi ciuchami, wykraczającymi w swych designach daleko poza jakiekolwiek standardy. Można tu się przebrać w styl gotycki, lolitkowy, j-rockowy i wiele innych. Moda tu lansowana obiega najpierw całą Japonię, a potem trafia po latach do sklepów na całym świecie, gdyż kreatorzy z całego świata przyjeżdżają tu, aby zaczerpnąć inspiracji. Takeshita Dori to niesamowita ulica - tu po prostu przyjechać trzeba. Do Harajuku wrócimy jeszcze niejednokrotnie, gdyż dzielnica ta ma do zaoferowania jeszcze inne atrakcje - postaramy się pokazać Wam je wszystkie.



Book-Off

Zdecydowaliśmy się zaprezentować Wam japońskie second-handy, zaczynając właśnie od sieci sklepów "BOOK-OFF", gdyż jest to najpopularniejsza i najłatwiej dostępna sieć w Japonii, w której można kupić po bardzo atrakcyjnych cenach, mnóstwo fanowskich dóbr wszelakich: mang, anime, video gier, artbooków, książek, płyt z muzyką. Tego zjawiska nie da się tak pobieżnie opisać - jak wszystko w Japonii - to bardzo wyjątkowe doświadczenie. Przerzucanie towarów na półkach w japońskich second-handach, to jak poszukiwanie skarbu, który na pewno gdzieś tu jest w pobliżu, a odnalezienie go jest tylko kwestią czasu. Fantastyczna zabawa dla każdego fana.



Nakano

Nakano Broadway, pasaż handlowy, który pokazujemy w tym filmie, jest przykładem na to, iż w Tokyo wcale nie trzeba poruszać się po "fanowskich dzielnicach", aby trafić do prawdziwych "fanowskich skarbców". Taka właśnie jest Japonia dla każdego spragnionego wrażeń fana - zawsze pełna niespodzianek. Pasaż ten polecamy Wam również z innych względów - można tam zjeść tanie i dobre sushi oraz tanio kupić fajne - nie tylko młodzieżowe - ciuchy. Mówiąc w skrócie - to dobre miejsce na sobotnie, popołudniowe zakupy.


Vimeo

A tutaj znajdziecie powyższy film w całości na serwisie Vimeo. Oprócz tego, że nie jest on podzielony na części, zapewnia również lepszą jakość obrazu. Wybór należy do Was. Miłego oglądania!

sobota, 21 listopada 2009

Japonia oczami fana - Tokyo mini-trip 9



W Japonii, zwłaszcza w Tokyo, istnieje wiele opcji/miejsc, z których można podziwiać panoramę tego wyjątkowego miasta: wieże widokowe, drapacze chmur, helikoptery, itp. Jedną z najszybszych i najtańszych opcji są "diabelskie młyny" (ang. big wheel lub ferris wheel) - w samym Tokyo jest ich kilka i łatwo je namierzyć, gdyż po zmroku są bardzo łatwo zauważalne nawet z dużych odległości. Rozlokowane w różnych częściach miasta, pozwalają na podziwianie różnych krajobrazów. Jednak powiem szczerze, że nie dorównują jakością widoków np. Tokyo Tower, czy też platformom widokowym umiejscowionym na wysokich budynkach. Jeśli zatem chcecie porobić fajne zdjęcia panoramy Tokyo, to "diabelski młyn" nie jest najlepszą opcją; to raczej miejsce, gdzie można pójść tylko we dwoje podczas nastrojowej randki i mieć trochę czasu tylko dla siebie, oddając się czarowi otaczającej nas metropolii.

piątek, 13 listopada 2009

Japonia oczami fana - Tokyo mini-trip 8



Targi w Japonii przyjmują różne kształty - jedne są rozlokowane na wolnym powietrzu, inne w zadaszonych pasażach, jeszcze inne kryją się w specjalnie zaprojektowanych budynkach. Prezentowany na tym filmie targ, należy do najbardziej "swojskich" targów, jakie można spotkać w Tokyo i każdy Polak powinien się tam czuć bardzo swobodnie. Bo też i takie jest to miejsce, podobnie jak cała dzielnica - Ueno, w której ów targ się mieści. Będziemy się starali jeszcze wielokrotnie wracać do Ueno, aby pokazać Wam je w całości, gdyż dzielnica ta kryje w sobie mnóstwo atrakcji i niespodzianek, nie tylko związanych z jedzeniem i zakupami.

sobota, 7 listopada 2009

Japonia oczami fana - Tokyo mini-trip 7



Każda z dzielnic Tokyo ma swoją specyfikę. Shinjuku być może nie należy do grupy tych najbardziej znanych poza Japonią, niemniej jednak ma swoich fanów. Przede wszystkim jest to dzielnica handlu i nocnych rozrywek. Powiem szczerze, że jakoś osobiście nie zdołałem zasmakować w urokach akurat tej dzielnicy, ale wszystko jeszcze przede mną - niczego nie wykluczam. Jedną z fajniejszych rzeczy, na jakie trafiliśmy w Shinjuku (oprócz wspomnianego parku), był wielopiętrowy sklep, poświęcony w całości modzie gothic (wspominałem o nim w felietonie "Nikt mi nie uwierzy"). Tak czy owak, temat nie uważam za zamknięty i na pewno jeszcze nie raz wrócę w te okolice, aby je Wam dokładniej pokazać.

Japonia oczami fana - Tokyo mini-trip 6



Tym razem znowu trafiliśmy na (smaczny) posiłek. Rzecz jasna, wszystko jest kwestią gustu - nam smakowało. No, może poza tą surową kapustą, którą tak namiętnie serwowano nam we wszystkim, co było na stole. Patrząc z polsko-kulinarnego punktu widzenia, nie jestem w stanie się przekonać do jedzenia tego typu ekstremalnej surowizny - zdecydowanie wolę surowiznę japońską. ;) Tak czy owak, mam nadzieję, że udało nam się uspokoić wszystkich tych, którzy obawiają się, iż po przyjeździe do Japonii będą zdani tylko na sushi - możecie spać spokojnie.

Jeśli traficie do Tokyo (a zdecydowanie polecam taką opcję na początek - bo znajdziecie tu w jednym miejscu wszystko, czego szukacie w Japonii), to najłatwiejszym sposobem na znalezienie miejsca z dużym zagęszczeniem jadłodajni, będzie praktycznie każdy dom handlowy, galeria, itp. W takich miejscach przeważnie jedno z pięter przeznaczone jest wyłącznie na kulinaria. Nie dotyczy to jedynie domów handlowych tematycznych (np. z elektroniką). Warto pamiętać, iż każda dzielnica Tokyo ma swój styl, co również rzutuje na rodzaj jedzenia, jaki tam najczęściej spotkamy, np. w dzielnicach młodzieżowych najłatwiej będzie kupić hamburgera i pizzę, a w dzielnicach ekskluzywnych i biznesowych najczęściej natrafimy na kosztowne restauracje z wykwintnymi daniami. Tokyo to wspaniałe miasto, pełne różnorodności i niespodzianek, a ich odkrywanie to wspaniała przygoda.

niedziela, 1 listopada 2009

Japonia oczami fana - Tokyo mini-trip 5



Podróżnika przybywającego do Japonii z zachodniej części świata, uderza na miejscu bardzo wiele różnic. Jedną z nich jest podejście do mody. Na tokijskich ulicach stykamy się ze zjawiskiem całkowicie swobodnego podejścia do kwestii doboru noszonych części garderoby. Każdy może nosić co zechce, to jego święte prawo - i nikt nie ma prawa mu z tego powodu czynić żadnych wyrzutów. I gdy mówię tu o swobodzie, to naprawdę mam ją na myśli - zasadą jest brak zasad. Jeśli mężczyzna zechce się ubrać w różowy sweterek lub w sukienkę - nie ma problemu. Jeśli dziewczyna zechce przywdziać masę koronek i wyglądać jak XIX-wieczna lalka - proszę bardzo. Biznesmen w garniturze z różową "damską" (?) torebką? - a jakże! Skórzany strój gwiazdy japońskiego rocka? - jak najbardziej. Dopóki nie biegasz po ulicy nago - nikt Ci nie powie złego słowa - a wręcz przeciwnie. Bo każdy ma prawdo ubierać się tak jak chce i być tym, kim chce - Japończycy, w przeciwieństwie do nas, doskonale to rozumieją.

Rzecz jasna, są miejsca, gdzie obowiązują określone typy ubioru - to oczywiste. Japonia to bardzo dobrze zorganizowany kraj.

W powyższym filmiku znowu wróciliśmy do kwestii jedzenia w Japonii, bo - wierzcie mi - to niesamowity temat. Każdy, kto odwiedził Japonię, wie o czym mówię. Naprawdę trudno zapomnieć te wszystkie kształty, zapachy i smaki, które na miejscu tak szalenie rozbudzają nasze zmysły. Żałuję, że nie można ich przenieść za pomocą filmu.

sobota, 31 października 2009

Japonia oczami fana - Tokyo mini-trip 4



No dobrze, przyznaję się bez bicia - "japońska surowizna" to moja słabość. Ale uwierzcie mi - naprawdę trudno być w Japonii i nie zakochać się w tamtejszej kuchni. I bynajmniej nie mówię tylko o osławionym sushi i pochodnych. Wbrew pozorom w Japonii można zjeść absolutnie wszystko - wspomniana "surowizna" nie jest jedynym jedzeniem na jakie będziecie zdani na miejscu - to tylko jedna z bardzo wielu opcji. Japończycy jedzą wszystko: mają w menu fantastyczne zupy, mięsa, makarony, kanapki, hamburgery, potrawy wegetariańskie - wszystko, czego można sobie tylko zażyczyć. A do tego różnorodność oferowanych potraw jest gigantyczna - każda najmniejsza restauracyjka i bar walczy o klienta. Jeśli zatem obawiacie się, że w Japonii nie znajdziecie nic, co by Wam smakowało - Wasze obawy są nieuzasadnione. Będzie dokładnie odwrotnie - to właśnie w Japonii doświadczycie, co znaczy czerpać prawdziwą przyjemność z jedzenia - i problemem stanie się wówczas nie wyjazd do Japonii, lecz powrót do kraju, gdzie zostaniecie pozbawieni tych wszystkich, cudownych dla podniebienia, doznań.

czwartek, 29 października 2009

Japonia oczami fana - Tokyo mini-trip 3



Wiem, że już o tym pisałem, ale muszę to podkreślić raz jeszcze - to, co widzicie na tych mini-filmikach, nie oddaje prawdziwych wrażeń nawet w jednej setnej. Dzielnica, w której znajduje się Ambasada Polski w Tokyo, to naprawdę bardzo klimatyczne miejsce, pełne ślicznych willi i wspaniałej zieleni. Sam budynek ambasady również jest bardzo stylowy. Jedyny problem polega na tym, iż to miejsce jest dosyć mocno oddalone od najbliższych stacji kolei miejskiej, ale to naprawdę mały problem dla fana Japonii, który z każdej takiej sytuacji potrafi wyciągnąć maksimum przyjemności. My, jak zwykle, bawiliśmy się wyśmienicie.

piątek, 23 października 2009

Japonia oczami fana - Tokyo mini-trip 2



Automaty na tokijskich stacjach metra i kolei JR (kolei naziemnej), to bardzo wygodna sprawa. Można w nich nie tylko kupić bilet, ale i doładować kartę "Suica", która znacznie ułatwia korzystanie z tego niezwykle wygodnego środka transportu, jakim jest japońska kolej.

Tokyo to miasto pełne niespodzianek. Nigdy nie wiadomo, na co się natkniemy za najbliższym zakrętem. Gothic lolity i inne "dziwne zjawiska ze świata mody", to standard na ulicach Tokyo. W tym mieście trudno się nudzić. To jest po prostu niemożliwe.

środa, 21 października 2009

Japonia oczami fana - Tokyo mini-trip 1



Czasami drobne epizody składają się na niezapomniane wrażenia, które pozostają w naszej głowie po powrocie do kraju. Wiele zwykłych czynności wykonywanych w Japonii z czasem nabiera nowego wymiaru: kupowanie jedzenia, podróż metrem, spotkani po drodze ludzie. Nie da się tego opisać słowami. Tak jak nie da się opisać słowami uczuć. Bo Tokyo roztacza wokół siebie niezwykłą aurę, która towarzyszy nam nawet wtedy, gdy nas tam nie ma. Ci z Was, którzy nie mieli okazji odwiedzić tego niezwykłego miasta, patrząc na te filmiki, widzą obrazki. Ci, którzy tam byli - czują klimat tego miejsca. Życzę wszystkim miłośnikom Japonii, oglądającym te videa, aby udało Wam się tam wybrać i żebyście poczuli to samo co ja, gdy patrzę na te niepozorne obrazy z miejsca zwanego Tokyo. Miłego oglądania.

czwartek, 24 września 2009

Japonia oczami fana - odcinek 4 - Śladami Totoro 2





No właśnie - i w końcu dotarliśmy do obiecanego w poprzednim odcinku Muzeum Ghibli. Uwaga - nie mylić ze Studiem Ghibli - bo to dwa różne miejsca. Mimo, iż należą i zostały stworzone przez tą samą osobę - pana Hayao Miyazakiego - mistrza japońskiej animacji. Mieszczą się w zupełnie dwóch różnych miejscach: w Studiu Ghibli powstają sławne filmy mistrza Miyazakiego, a Muzeum Ghibli to po prostu mini-park rozrywki dla fanów - w każdym wieku. Bo filmy ze sławnego studia działają na wyobraźnię wszystkich pokoleń.

Powyższa relacja filmowa z wycieczki do sławnego muzeum, to - wbrew pozorom - bardzo ogólny zapis tego, co można ujrzeć na miejscu. Zwłaszcza, iż nie mogliśmy Wam pokazać wnętrz tegoż niezwykłego "mizajkowego przybytku rozrywki". Tak czy owak - mamy nadzieję, iż udało nam się przekazać choćby ułamek panującego w tym miejscu klimatu.

środa, 8 lipca 2009

Nikt mi nie uwierzy! część 2

Jak już wspomniałem w jednym z wcześniejszych postów, różnego rodzaju dziwne, zaskakujące i niecodzienne sytuacje, jakie spotykają nas podczas podróży do egzotycznych miejsc, są jedną z tych rzeczy, dla których warto podróżować. Nie na darmo się bowiem powtarza, iż podróże kształcą - zgadzam się z tym w zupełności. Stykanie się ze skrajnie innymi kulturami i sposobami myślenia innych ludzi, pozwala na poszerzenie swoich horyzontów i uczy (a przynajmniej - powinno uczyć) akceptacji inności - bo inny nie znaczy gorszy - lecz po prostu - inny niż my. I taki też cel przyświeca temu tekstowi - nie piszę go po to, aby kogokolwiek krytykować, lecz właśnie po to, aby przedstawić inne sposoby myślenia poprzez opisanie różnych "dziwnych" zdarzeń, jakie mnie spotkały podczas licznych podróży do Japonii. Być może, podobnie jak mi, również czytającemu te słowa, pozwoli to sięgnąć głębiej w kulturę, w której miały one miejsce i wyciągnąć konstruktywne wnioski, pozwalające zrozumieć to, co dotąd często bywało niezrozumiałe. Oto kolejna porcja moich niezwykłych, japońskich przygód.


Kolejowa kołysanka

Każdy, kto korzystał z tokijskiego metra, czy też kolei naziemnej JR, dobrze wie, jakie panują tam realia. Jako środek transportu, przewożący codziennie miliony ludzi, tokijskie metro i kolej JR są miejscami bardzo "anonimowymi". Tokijczycy bardzo chronią swoją prywatność, nawet, a może - przede wszystkim - w tak zatłoczonym miejscu. W metrze nie nawiązuje się znajomości, nie ustępuje miejsca, nie nawiązuje nawet kontaktu wzrokowego - to wszystko tylko utrudnia funkcjonowanie w tak wielkim ścisku. Oczywiście, jest to zjawisko szersze, sięgające o wiele głębiej w kulturę japońską, ale nie o tym ma być ten tekst. Zatem, wracając do tokijskiego metra: to miejsce niezwykłe (jak zresztą cała Japonia), rządzące się własnymi prawami. Dlatego to, co opiszę poniżej, tak bardzo zapadło mi w pamięci.

To zdarzyło się pewnego późnego popołudnia, gdy wraz ze znajomymi wracaliśmy metrem po bardzo męczącej, lecz jednocześnie niezwykle udanej, kilkudniowej podróży do Kyoto. Były to godziny, w których tokijskie metro zaczynało się wypełniać ludżmi, na szczęście nie jakoś skrajnie (jak na tamtejsze realia), gdyż była to niedziela i nie groził nam skomasowany na przestrzeni paru godzin exodus z biur i nocnych barów, mający miejsce w dni powszednie. Niezwykłość naszej sytuacji polegała jednak na tym, iż moi znajomi mieli ze sobą kilkumiesięczne dziecko, które - trudno się dziwić - również wykazywało oznaki zmęczenia, sygnalizując nam to dobitnie różnorakimi sygnałami głosowymi, niekiedy dosyć głośnymi. Nie było to jakimś wielkim problemem, niemniej jednak wyrażające głośno swoje zdecydowane poglądy małe dziecko, zwróciło w którymś momencie uwagę trzech stojących obok nas młodych Japończyków, ubranych w czarne mundurki szkoły średniej. Ich reakcja zaskoczyła całą naszą gajdzińską grupę (japońscy współpasażerowie oczywiście pozostali zwyczajowo zdystansowani), gdy ci w jednej chwili spojrzeli porozumiewawczo na siebie i... zaczęli nucić kołysankę! Najpierw delikatnie, po chwili jednak widząc naszą pozytywną reakcję na nieśmiałe próby, rozkręcili się na dobre i po chwili staliśmy się świadkami prawdziwego koncertu na dobranoc, dla naszego małego, niesfornego współtowarzysza. Trudno jest opisać w słowach tego typu sytuacje, gdyż składa się na nie zbyt wiele bodźców i czynników. Niemniej jednak powiem tylko tyle, że uśmiechy nie schodziły nam z twarzyczek, zajmując nam mięśnie twarzy na tyle skutecznie, że przez cały czas trwania tego niezwykłego koncertu nie byliśmy w stanie wypowiedzieć ani słowa. Przy okazji - kołysanka zadziałała. Przynajmniej na nas - czuliśmy się naprawdę odprężeni. Hmm, śmiech okazał się doskonałym lekarstwem również na nasze obolałe po długiej podróży mięśnie.

Jak to zwykle bywa, wszyscy byliśmy tak zaskoczeni tą sytuacją, że nikt nie sięgnął ani po kamerę, ani po aparat fotograficzny. Jak zwykle więc to niezwykłe zdarzenie pozostało zapisane jedynie z naszej pamięci. I oby tam zostało jak najdłużej.


Nagie fakty

Kolejna niezwykła sytuacja spotkała mnie w pewnym hotelu w Tokyo. Umówiłem się tam z pewną osobą, z którą mieliśmy wybrać się na kolejną fanowską eskapadę po skomplikowanym labiryncie tego niezwykłego miasta. Dotarcie na miejsce obyło się bez większych niespodzianek: szybki transport, kłaniająca się przy wejściu żeńska obsługa hotelu, nieradzący sobie z angielskim recepcjoniści (w dużym hotelu z międzynarodową klientelą) i tak dalej - standard. Radośnie więc udałem się do najbliższej windy w holu głównym i bezproblemowo dotarłem na wybrane piętro, a następnie długim i wąskim korytarzem do odpowiedniego pokoju. Formalności zajęły kilka chwil, szybko się zebraliśmy i radośnie wypląsnęliśmy na korytarz, wiedzeni zaraźliwą radością czekającej nas eksploracji. I nagle okazało się, iż eksploracja zaczęła się nieco wcześniej, niż tego oczekiwaliśmy. Otóż natrafiliśmy na korytarzu na pokojówkę, która dyskutowała z pewnym starszym panem (Japończykiem, na oko ok. 50-60 lat), gościem hotelowym, który jak gdyby nigdy nic prowadził ożywioną konwersację z ubraną w uniform japońską pokojówką. I cała sytuacja nie byłaby niczym nadzwyczajnym, gdyby nie jeden drobny fakt, iż ów gentleman był... nagi. Tak kompletnie i całkowicie. Nie pytajcie o co chodziło, bo pojęcia nie mam. Mogę tu co najwyżej wysuwać różne mniej i bardziej prawdopodobne teorie, które mogą okazać się nawet trafne, ale... może nie tym razem. Ot, taki miejscowy folklor.


Sushi party

Och, sushi w Japonii! Jeśli jesteś smakoszem sushi, nie ma wspanialszego miejsca na zaspokojenie (a właściwie - jeszcze większe rozbudzenie!) swoich żądnych świeżych owoców morza kubków smakowych! O tym, jakie rodzaje barów i restauracji sushi występują w Japonii, to temat na inny tekst. Przyznam, że jako miłośnik "japońskiej surowizny" mam w tym niejakie rozeznanie (no przecież każdego dnia pobytu coś jeść musiałem), ale tym razem to nie o japońskiej kuchni chciałem Wam opowiedzieć.

Pewnego wieczoru, wracając z całodniowego wojażu po Tokyo, stwierdziliśmy (ja i moja towarzyszka), że mamy ochotę na sushi (a to ci niespodzianka). A orzekliśmy tak dlatego, iż nagle napatoczyliśmy się na jeden z punktów naszej ulubionej sieci barów sushi, o którego to istnieniu dotąd nie wiedzieliśmy. Pora była kolacyjna, musieliśmy więc chwilkę poczekać, aż zwolni się miejsce. W krótkim oczekiwaniu towarzyszyła nam stojąca przed wejściem pani z obsługi, pytająca przybyłych o nazwiska i umieszczająca je w kolejności w tabelce w podręcznym notesie. Jako, że po chwili byliśmy jedynymi osobami oczekującymi na wejście, wywiązała się między nami uprzejma rozmowa, do której chwilę potem dołączyła stojąca obok Japonka, która wyszła na zewnątrz, aby zapalić papierosa. Nawet się nie zorientowaliśmy, kiedy zniknęła nam na chwilę z oczu, aby chwilkę później wyjść ze swoim chłopakiem, który również włączył się do radosnej już konwersacji. I tak świergocząc we czwórkę weszliśmy do środka (pani z obsługi musiała zostać) i usiedliśmy przy barze, aby chwilę potem zdać sobie sprawę, iż jest nas już pięcioro, gdyż siedzący obok tubylec uznał, że nic nie stoi na przeszkodzie, aby włączyć się do rozmowy. Ów mężczyzna był już w stanie bardzo wskazującym, przez co stał się źródłem nowych tematów, których chyba żaden Japończyk na trzeźwo nie zdołałby ot tak sobie poruszyć. Zresztą, tenże osobnik okazał się niezwykle utalentowany, jeśli chodzi o nawiązywanie skomplikowanych relacji międzyludzkich, gdyż podczas trwającej z nami ciągłej wymiany wszelakich, często dziwnych poglądów, rozmawiał jednocześnie przez komórkę (dosyć głośno - co starał mu się uświadomić stojący za barem mistrz sushi), a także ze swym siedzącym po drugiej stronie kolegą, który leżał nieprzytomny z twarzą na barze, od czasu do czasu pomrukując tylko niezrozumiale, gdy jego kolega energicznie nim potrząsał podczas prób nawiązania bliższego kontaktu. Umówmy się zatem, że nadal było nas pięcioro, bo zemdlonego kolegi liczyć nie będziemy, gdyż tylko jego kompan był na tyle uzdolniony, aby być w stanie nawiązać z nim jakikolwiek inteligentny kontakt. Tymczasem nasi znajomi sprzed wejścia ciągle wykazywali nami zainteresowanie, a że oddzielały nas od siebie trzy inne osoby siedzące przy barze, one również włączyły się do rozmowy. I tak oto sytuacja rozwijała się w postępie niemal geometrycznym, gdyż wciąż przybywało nowych, zachęconych śmiałością innych, uczestników rozmowy. Po niedługim czasie połowa baru częstowała nas wizytówkami i kolejnymi talerzykami sushi z najlepszymi gatunkami tuńczyka. Podczas całego pobytu w Japonii nie poznaliśmy tylu osób, co podczas tego jednego wieczoru w tym niepozornym barze sushi. I jedyna rzecz, jakiej się wtedy obawiałem, to to, że istniało bardzo duże prawdopodobieństwo, iż przedawkujemy ten wspaniały posiłek, co z kolei może skutecznie i na bardzo długi czas obrzydzić każde danie - nawet to najbardziej ukochane (mi się to zdarzyło wcześniej z krewetkami). Na szczęście, udało nam się uniknąć tego jakże smutnego losu upadłego łasucha. Długo by opowiadać o tym, co się w tym barze wydarzyło - niesamowici ludzie i jeszcze bardziej niesamowite rozmowy i sytuacje, jakie się wywiązały, spowodowały, że opuściliśmy to miejsce jeszcze długo nie mogąc uwierzyć w to, co nas spotkało. Jak więc widać, Japończycy, mimo swojej ogólnej oziębłości w nawiązywaniu kontaktów, potrafią też popaść w drugą skrajność i to - jak większość rzeczy, które robią - na skalę zbiorowo-masową. Podróże do Japonii to naprawdę wspaniała przygoda.

czwartek, 26 marca 2009

Japonia oczami fana - special 3 - X-Japan Fans 2008



Dla fana X-Japan możliwość bycia na koncercie tego zespołu w legendarnym Tokyo Dome, to mniej więcej taka sytuacja, jak by miłośnik wspinaczki wysokogórskiej miał szansę wejść w tym samym momencie na trzy najwyższe szczyty świata. Ten zespół, to miejsce i to miasto są ze sobą związane w pewien szczególny sposób, lecz tylko prawdziwy fan tej wyjątkowej grupy potrafi to naprawdę zrozumieć. To trochę tak, jak z czekoladą i bankami - obie te rzeczy są na całym świecie, ale tylko w Szwajcarii smakują wyjątkowo. I to samo jest z X-Japan - tylko w Tokyo Dome "smakują" w ten wyjątkowy sposób - to już kawał historii. To nie tylko zasługa tego budynku, ale i całego miasta - Tokyo jest bowiem wyjątkowe w sposób szczególny i wszystko smakuje tu szczególnie wyjątkowo - nawet rzeczy zwyczajne. Trudno to wyjaśnić komuś, kto nie był w tym mieście i nie pokochał go. To jak tłumaczenie niewidomemu od urodzenia, czym jest kolor. Można używać wielu porównań, próbować dotrzeć do wyobraźni, ale samo sedno - bez osobistego doświadczenia i zrozumienia - nigdy nie zostanie w ten sposób przekazane. Pewnych rzeczy trzeba po prostu doświadczyć samemu.

Może się komuś wydać dziwne to, co teraz powiem, lecz gdy myślę o Tokyo, czy też w ogóle o Japonii, to nie myślę jak o miejscu na mapie świata, lecz jak o... osobie - żywej, prawdziwej osobie, istocie, za którą tęsknię, gdy przebywam w Polsce; cieszę się na spotkanie z nią, gdy do niej lecę; jestem smutny, gdy się z nią rozstaję - tak to działa. Mój zmarły niedawno kolega, Witek Nowakowski, powiedział mi kiedyś, że przy pierwszym przyjeździe do Japonii, można ją odebrać tylko na dwa sposoby: albo się rozczarujesz, gdyż twoje wyobrażenia o tym kraju będą tak bardzo inne, że po prostu go odrzucisz; albo natychmiast i bezwarunkowo go pokochasz. Miał rację.

Gdyby ktoś zapytał mnie, za co kocham Japonię, najprostsza i najkrótsza odpowiedź, jakiej mógłbym udzielić, brzmiałaby - "za to, że jest". Gdybym jednak musiał rozwinąć tę wypowiedź, to choćbym nie wiem ile czasu na to poświęcił i starał się wymienić wszystkie elementy, które przyciągają mnie do tego kraju - nie zdołałbym przekazać wszystkiego, gdyż słowa są zbyt prymitywnym narzędziem, aby przekazać pewne doświadczenia. I tak samo było z tym koncertem - takie wydarzenia jak to, są wyjątkowe i ulotne - i tylko będąc tam na miejscu, ma się szansę zakosztować jego prawdziwego smaku. I tego właśnie Wam życzę.

piątek, 6 marca 2009

Japonia oczami fana - odcinek 3 - Śladami Totoro 1





Podążanie śladem Totoro - najsławniejszej postaci, jaką stworzył mistrz japońskiej animacji, Hayao Miyazaki - jest w Tokyo stosunkowo proste, gdyż nawet nie szukając, mimochodem i regularnie natykamy się na sklepy poświęcone wszelakim gadżetom związanym z produkcjami Studia Ghibli (pokażemy Wam to w następnych odcinkach). Muzeum Ghibli to jednak wyjątkowe miejsce - zaprojektowane od początku do końca przez mistrza Miyazakiego, kryje w sobie niepowtarzalny klimat i naprawdę warto się tam wybrać, bez względu na to, na ile "totorowych sklepów" natknęliśmy się wcześniej. Mitaka to naprawdę urocze miejsce i sama już wyprawa do tej podmiejskiej dzielnicy/miasteczka, jest frajdą samą w sobie, a jeśli jeszcze do tego odwiedzimy Muzeum Ghibli - stuprocentowa satysfakcja gwarantowana. W powyższym filmiku, gdy niespodziewanie trafiamy do "mangowego secondhandu", słychać porównanie do niejakiego "BOOK-OFFa" - to kolejna rzecz, którą wyjeżdżający do Japonii fan mangi i anime znać powinien - największa w kraju sieć "książkowych secondhandów" - pełna mang, książek, CD, DVD z filmami, anime i grami itp. Przeciętna cena tomiku mangi w tym miejscu, to 100-200 jenów, co dotąd wydawało nam się bardzo niską ceną (bo taka jest w istocie) - aż nie trafiliśmy na sklepik z (używanymi) mangami po jenów zaledwie 30. Wniosek: warto wybierać się do mniejszych, podtokijskich miejscowości, właśnie w poszukiwaniu takich cudownych miejsc. Jednak musicie potem (a właściwie - przedtem) pamiętać o jednym: papier jest ciężki. Diabelnie ciężki. A limit bagażowy na samolot wynosi TYLKO 20kg (walizka z podstawowymi rzeczami codziennego użytku - i już po limicie - a przekroczenie go słono kosztuje), a zatem - trzeba to będzie potem jakoś przewieść do kraju - co wiąże się z kolejnymi kosztami. Najlepiej jest wysłać paczkę lądową, która idzie sobie 2-3 miesiące (i podobno może nie dojść - nasze doszły wszystkie), ale za to za 20kg płacicie tylko... 10.000 jenów (tzw. "mana"). W roku 2007, z którego pochodzi ten materiał filmowy, jeden "man" kosztował 250 złotych. A obecnie? Sami sprawdźcie notowania walut... Cóż, bycie fanem mangi i anime, to kosztowne hobby. Szczególnie, gdy nasz rząd nie potrafi zapanować nad tracącą na wartości złotówką, przez co i tak już kosztowna eksploracja Kraju Kwitnącej Wiśni, robi się jeszcze kosztowniejsza. Co nie zmienia faktu, że działa tu stara zasada: "Jak kocha, to wróci".



środa, 31 grudnia 2008

Tokyo - bez komentarza











czwartek, 6 listopada 2008

Nikt mi nie uwierzy!

Jeśli podróżujecie po świecie, lub znacie kogoś, kto podróżuje - szczególnie do krajów opartych na kulturach skrajnie odmiennych od naszej - zapewne spotkaliście się z sytuacjami, tudzież opowieściami, które wyglądały lub brzmiały, co najmniej dziwnie. Tak to już bowiem jest, że podczas podróży spotykają nas różne sytuacje, również takie, które nas totalnie zaskakują. Z czasem więc każdy podróżnik zbiera coraz więcej takich historii, które potem opowiadane wieczorami przy przysłowiowym piwie, wywołują różne reakcje - śmiech, niedowierzanie, zaciekawienie, zaskoczenie, a nawet przerażenie. Śmiem nawet twierdzić, iż to właśnie takie zdarzenia nadają sens naszym podróżom - gdyż spotykając się z sytuacjami skrajnie odmiennymi od tych, jakie spotkalibyśmy w swoim kraju - wzbogacamy, poszerzamy swój światopogląd i w rezultacie - stajemy się mądrzejszymi i lepszymi ludźmi, gdyż w ten sposób uczymy się patrzeć z innych punktów widzenia. Ale - nie o tym chciałem pisać. Wracając zatem do owych niecodziennych zdarzeń, jakich jesteśmy świadkami podczas dalekich podróży. - Przebywając regularnie w Japonii, ja również byłem stawiany w najróżniejszych sytuacjach - również tych skrajnie dziwnych, szalonych, niecodziennych. W tego typu sytuacjach zawsze wyrywały mi się z ust te same słowa: "Jak o tym opowiem, nikt mi nie uwierzy!" - tym bardziej, że jak na złość, nie zdążyłem/nie mogłem (niepotrzebne skreślić) użyć w tym momencie ani aparatu fotograficznego, ani kamery. Po owych zdarzeniach więc pozostały jedynie moje ulotne wspomnienia, przywoływane do życia tylko czasami. Aby zatem nie zatarły się one do końca, piszę te słowa, aby podzielić się z Wami takimi właśnie - często nieprawdopodobnymi - opowieściami, sytuacjami, których byłem świadkiem podczas licznych pobytów w Kraju Kwitnącej Wiśni. Zapewniam, że wszystkie zdarzyły się naprawdę, a że mogą dla kogoś brzmieć nieprawdopodobnie... cóż - i dlatego właśnie są tak fascynujące.

Opowieść pierwsza: wieczorny spacer ze zwierzakiem

Pewnego wieczoru, wracając do swojego apato (mieszkania), wybrałem drogę "na skróty", tj. postanowiłem pokonać trasę pomiędzy stacją tokijskiego metra, a moim apato, pomijając główną ulicę, a zamiast tego skierowałem swoje kroki w urocze, tokijskie uliczki, pokrywające gęstą siecią wszelkie obszary pomiędzy głównymi arteriami miasta. Spacery mniejszymi ulicami Tokyo to wspaniała przygoda, zawsze trafi się na jakieś ciekawe miejsca - a to małe, przytulne restauracyjki, a to znowu na "mangowe secondhandy", o których nie miało się dotąd pojęcia, itp. Mówiąc w skrócie - przygoda w zasięgu ręki. A zatem, idąc sobie pewnego wieczoru właśnie taką uliczką, mój wzrok zatrzymał się na jednym z licznych w tej okolicy trawnikach, przylegających do niewysokich budynków mieszkalnych. Trawnik jak trawnik, nic nadzwyczajnego - zadbany, jak wszystkie trawniki w Tokyo, lecz moją uwagę przykuła postać młodego Japończyka, na oko dwadzieścia parę lat, trzymającego na smyczy zwierzaka. Ot, zwykły wieczorny spacer przed snem. I wszystko byłoby OK, gdyby nie to, że w panującym na trawniku półmroku ja i moja towarzyszka zauważyliśmy, iż gabaryty owego zwierzaka zdają się trochę odbiegać od normy. Innymi słowy - w życiu nie widzieliśmy tak dużego psa! A jakoś nic innego nie przychodziło nam do głowy. Spojrzeliśmy na siebie pytającym wzrokiem i nie przerywając spaceru, utkwiliśmy spojrzenia w dziwnym stworzeniu, które właśnie mijaliśmy. Chwilę nam zajęło, zanim zrozumieliśmy, z czym mamy do czynienia. Nasze twarze rozjaśnił szeroki uśmiech, gdy uświadomiliśmy sobie, jak kuriozalnej sytuacji jesteśmy świadkami. Otóż owym dziwnym zwierzakiem był... kucyk! Wyobrażacie sobie? Centrum wielkiej metropolii, trawnik - a tu facet z kucykiem na "wieczornym siusiu". - Byliśmy tak zakręceni tym odkryciem (i przy okazji bardzo zmęczeni dosyć intensywnym dniem, to inna sprawa), że zapomnieliśmy o aparatach i kamerach, zdążyliśmy jeszcze tylko pochwalić ślicznego zwierzaka (właściciel był bardzo szczęśliwy) i po chwili ta niecodzienna scenka rodzajowa zniknęła nam z oczu. Kilka następnych chwil upłynęło nam na radosnym rechocie. Nasze reporterskie usposobienie tym razem zareagowało z opóźnieniem - niestety, zdjęć nie mamy. Ale za to, ilekroć przypomnimy sobie tę sytuację, na nowo zaczynamy się śmiać. Czasami nas tylko zastanawia - gdzie, w tych małych tokijskich mieszkankach - tenże miłośnik zwierzaków kopytnych, przechowywał swojego pupila? Czyżby to była... nie, to niemożliwe... o_O!

Opowieść druga: do you speak engrish?

Kwestia języka angielskiego używanego w Japonii, to zupełnie osobna opowieść, z którą związane jest tyle anegdot, iż wypełniłyby one pokaźnej grubości książkę. Nie wiem, czy w tych kilku zdaniach będę w stanie naświetlić, choćby bardzo ogólnie, naturę tego zjawiska tak, abyście zrozumieli, o co mi chodzi. Rzecz w tym, że wśród Japończyków umiejętność płynnego posługiwania się językiem angielskim jest zjawiskiem bardzo rzadkim, a ponadto występuje tu coś takiego jak "engrish", czyli język angielski przekształcony/przepuszczony przez język japoński, co w rezultacie daje zupełnie inny, "trzeci język", określany często właśnie jako "engrish". Uwierzcie mi, jeśli nie macie pojęcia o choćby podstawach języka japońskiego, to choćbyście doskonale władali językiem angielskim, na "engrishu" połamiecie sobie zęby. Tak czy owak, pomijając wszelkie bardziej szczegółowe wyjaśnienia, wiedzcie tylko tyle, iż w Japonii narzędzie, jakim jest język angielski, ma dosyć ograniczony zasięg. Nawet w takich miejscach jak hotel pełen anglojęzycznych gaijinów, gdzie obsługa - zdawać by się mogło - powinna sobie z tym językiem doskonale radzić, bywa z tym często problem. Jakie więc było nasze zdziwienie, gdy pewnego dnia wstąpiliśmy do sklepu z pamiątkami z Japonii, spodziewając się standardowej - bardzo miłej i "bezanglojęzycznej" japońskiej obsługi - gdy ze stoiska z kimonami wyskoczyła nam na powitanie pełna energii na oko około 60-letnia pani, która językiem angielskim posługiwała się tak płynnie, że aż nas na chwilę zamurowało. Uroku całej sytuacji dodawał jeszcze fakt, iż w przeciwieństwie do zamkniętej i wycofanej przed kontaktami z obcymi, natury większości Japończyków, ta żwawa babcia była tak entuzjastycznie otwarta na kontakt, że aż wydała nam się nierealna na tle zamkniętego w sobie tłumu tokijczyków, wśród których gaijin z naszej części świata czuje się zupełnie odizolowany i zepchnięty na margines - samotny wśród tłumów. Podobna sytuacja spotkała nas pewnego razu, gdy zmęczeni całodziennym podziwianiem kwitnącej wiśni, usiedliśmy sobie na murku przy jednym z licznych w tej części miasta domów jednorodzinnych. Przechodząca obok nas starsza pani nagle na nas spojrzała, jej twarz rozjaśnił uśmiech, po czym bardzo ładną, płynną angielszczyzną, zaprosiła nas do podziwiania drzew sakury w jej okolicy. Wierzcie mi, to naprawdę nietypowe sytuacje jak na Japonię - każdy, kto zagościł w tym kraju na nieco dłużej niż parę tygodni, zrozumie o co chodzi. Na koniec przytoczę jeszcze jedną sytuację, która nie wiedzieć czemu, bardzo utkwiła mi w pamięci. Otóż któregoś razu, będąc na lotnisku Narita, nieco się zagubiliśmy w poszukiwaniu terminalu z którego mieliśmy odlecieć. Nagle, niczym spod ziemi, wyrósł przy nas elegancki Japończyk w średnim wieku, ubrany w doskonale skrojony garnitur (co w japońskim zalewie bylejakich garniturów, noszonych przez tamtejszych "salarymanów", jest naprawdę czymś wartym podkreślenia) i zapytał nas przepiękną angielszczyzną, w czym może pomóc. Krótka wymiana zdań pozwoliła nam szybko zażegnać nasze wątpliwości i przy okazji dała możliwość podziwiania naprawdę wyrafinowanej elegancji, jaką emanował ów - bez dwóch zdań - dżentelmen. Gdy już wszystko sobie wyjaśniliśmy, mężczyzna zapytał nas - skąd jesteśmy. Gdy tylko usłyszał słowo "Polska", natychmiast wyciągnął rękę i - po trwającej ułamek sekundy ledwo zauważalnej chwili, podczas której poszukiwał w głowie odpowiednich słów - powiedział: "dzień dobry!", a po chwili: "do widzenia!" - i już go nie było. Niby drobiazg, ale - jakże miły.

Opowieść trzecia: winda pełna koronek

Zakupy w Tokyo, to niepowtarzalne doświadczenie. Nigdzie indziej tak nie smakują, jak tam. Ma na to wpływ wiele czynników - niesamowity wybór towarów i usług, nadzwyczajna jakość obsługi, unikalność modeli - i kilka innych elementów nad którymi długo by się rozwodzić. Kto sam zasmakował - wie o czym mowa. Kto nie zasmakował - nie zrozumie. - Tak czy owak, to zdarzyło się nam podczas właśnie takiego wypadu na zakupy. Tego dnia naszym celem stały się sklepy z ciuchami dla fanów stylu gotyckiego. Sklep z tego typu artykułami, który znaleźliśmy w jednej z dzielnic Tokyo, należał do jednego z największych tego typu - 7 pięter, a na każdym określona odmiana mody gotyckiej: gothic lolita, gothic rock - i tak dalej. Moda "gothic lolita" (różowe koronki, kapelusiki, podwiązki, itd. - wszystko różowe) znajdowała się na samej górze i choć nas jakoś specjalnie nie interesowała, postanowiliśmy dla zasady wjechać windą na samą górę i schodząc w dół, zwiedzać kolejne piętra. Plan był doskonały - bez dwóch zdań. Nie zastanawiając się zatem zbytnio, wskoczyliśmy do windy - a wraz z nami, wchodzące właśnie do budynku, szczebioczące Japoneczki, przebrane od stóp do głów właśnie w owym wspomnianym wyżej, różowym stylu "gothic lolita". I OK, myślimy sobie, jakoś to przeżyjemy. Co prawda winda jest bardzo mała, ale te kilka osób jakoś się zmieści, wciskając się w te wszystkie koronki i inne różowe bibeloty. Nie to, żebyśmy coś mieli przeciw kolorowi różowemu - wręcz przeciwnie, bardzo go lubimy. Jednak (wyjątkowo) okrąglutkie Japoneczki, powbijane w masę różowych koronek, wydały nam się dosyć specyficznym zjawiskiem, nawet jak na normy japońskich ulic, na których ekstrawagancja młodych Japończyków, jeśli chodzi o modę, potrafi przekraczać wszelkie normy. Ale - OK. Wśliznęliśmy się więc do małej windy i w całkowitej ciszy (co było trochę trudne w tej sytuacji) ruszyliśmy w górę. Jak się oczywiście okazało, nasze towarzyszki również kierowały się na najwyższe piętro. Jeszcze chwila - myślimy sobie - i będzie z głowy. Każdy pójdzie w swoją stronę. Nie ma problemu, damy radę - zachowamy klasę aż do końca. No i właśnie wtedy otwarły się drzwi windy. Zanim zorientowaliśmy się w sytuacji, już byliśmy poza nią - wyszliśmy i... zamarliśmy. Całe piętro tego niezwykłego domu handlowego tętniło od różowych koronek, zaś wąskimi alejkami, pomiędzy licznymi półkami z różowymi towarami, krążył tłum okrąglutkich, różowych lolitek, poubieranych w kilogramy różowych koronek, kokardek, wstążeczek i setek innych różowych akcesoriów probieliźnianych. Jeśli nie zrozumieliście natury tej sytuacji - nic na to nie poradzimy - nie jesteśmy Wam w stanie tego wytłumaczyć. W każdym razie nasza reakcja była natychmiastowa - gdy tylko wyrwaliśmy się z różowego ścisku, wykonaliśmy zwrot w tył i ostatnim rzutem na taśmę, wskoczyliśmy do właśnie otwierającej się pustej windy. Niestety, znowu staliśmy się ofiarami własnej zapobiegliwości, bowiem trafiwszy w przeciwległą ścianę windy i wykonawszy kolejny zwrot o 180 stopni, zrozumieliśmy, iż znajdujemy się w kolejnej pułapce. Za nami, do windy, wlał się świergoczący, różowy tłum lolitek, a było ich tyle, że ledwie mogliśmy oddychać. Gdy drzwi windy z trudem się za nami zatrzasnęły, spojrzałem tępym wzrokiem na swoją towarzyszkę i w jej oczach zobaczyłem to samo, błagalne pytanie, które obijało się również w mojej głowie: "Co tu się do cholery dzieje?!". Wywracając wokół rozszalałym wzrokiem, naliczyliśmy ok. 10 różowych, jazgoczących stworzonek, a między nimi było coś, co już zupełnie dodało całej sytuacji arcyabsurdalnego zabarwienia - na samym środku ćwierkającej, różowej masy koronek, wznosił się wielki jegomość, wyższy od całego tłumu lolitek co najmniej o trzy (wielkie!) głowy, przebrany ni mniej ni więcej, tylko właśnie w - oczywiście - różową gotycką lolitkę! W przeciwieństwie do cieniutkich, świergoczących głosików falującego na dole tłumiku, jego tubalny głos z niebios brzmiał w tej (bardzo!) małej windzie niczym boskie gromy. Wielki facet wywijał łapskami i zawzięcie rozmawiał z różowym tłumem, falującym w okolicach jego pasa. - Boże! Ile bym dał, żeby móc teraz sięgnąć po kamerę! - Pomyślałem z rozpaczą, jaką jest w stanie zrozumieć tylko ktoś z naturą dziennikarza z obsesyjnymi zapędami kronikarskimi (tak jak ja). Gdy spojrzałem na moją towarzyszkę, zauważyłem, iż ona myśli o tym samym, zerkając na swoją sprasowaną torbę z wielkim jak armata aparatem fotograficznym. - Wszystko skończyło się tak nagle, jak się zaczęło - różowy tłum wypluł nas z windy, drzwi się za nami zatrzasnęły. Stojąc na pustym korytarzu spojrzeliśmy na siebie i zgodnie potwierdziliśmy: "Nikt nam nie uwierzy!".


Na sam koniec, zaraz po opuszczeniu tego wyjątkowego domu handlowego, natknęliśmy się na kolejną anomalię - tym razem był to "tęczowy piesek". Tym jednak razem udało mi się sięgnąć po kamerę...

poniedziałek, 3 listopada 2008

Japonia oczami fana - special 1 - Japanese Boy



Japonia, to dla gajdzina wychowanego w zachodniej części naszej planety, bardzo dziwny kraj, jeśli chodzi o pewne zachowania obu tamtejszych płci. Ot, chociażby takie przebieranie się w ciuchy płci przeciwnej. O ile niespecjalnie dziwi nas, gdy zrobi to przedstawicielka płci pięknej, o tyle większość np. Europejczyków, odczuwa niejaką konsternację, widząc na japońskich ulicach najczęściej młodych mężczyzn, przebranych w kobiecie ciuszki. Ot tak, zdawać by się mogło, zupełnie bez powodu. Niekiedy zwykłem sobie żartować, iż - jeśli chodzi o problem rozpoznania, z jaką naprawdę płcią mamy do czynienia (a takie problemy, uwierzcie mi, gajdzinowi się zdarzają) - wystarczy ocenić urodę takowej "potencjalnej kobiety". Jeśli owa przedstawicielka płci niewiadomej jest naprawdę piękna i nogi się pod nami uginają pod ciężarem jej urody - to bez wątpienia - jest to mężczyna. (!) Oczywiście, to żart, ale... wierzcie mi również - nie pozbawiony i odrobiny prawdy. ;) Tak czy owak - w powyższym teledysku znajdziecie głównie ujęcia z udziałem przedstawicieli płci męskiej, ale jest też tu kilka ujęć, w przypadku których pewności - o jaką płeć chodzi - stuprocentowej nie uzyskałem. A które to ujęcia? Ha! - zachęcam do uważnego oglądania. Sami przekonajcie się, czy potraficie, bez żadnych wątpliwości, w każdym przypadku, dokonać takowego podziału. Życzę miłej zabawy. ;)

środa, 27 sierpnia 2008

Japonia oczami fana - odcinek 2 - Tokyo Tower







Tokyo Tower to jedna z tych rzeczy w Tokyo, którą chyba najlepiej zrozumie tylko fan mangi i anime. To jeden z najbardziej charakterystycznych elementów Tokyo, a co za tym idzie - często można go spotkać właśnie w anime. To tworzy swego rodzaju więź z takimi miejscami. Spotkałem się z zarzutami różnych ludzi, że Tokyo Tower to nic ciekawego, ot taka "wieżyczka", kopia wieży Eiffla. Owszem, z tym drugim się zgadzam. Ale, pytam - co z tego? Japończycy wszystko kopiują - i ulepszają. Taka już ich natura. I to jest fajne! A zresztą, zasada jest prosta - albo potrafisz odnaleźć magię tego miejsca, albo nie. A jeśli ktoś wjechał na Tokyo Tower i widząc panoramę tego miasta uznał, że to jest nudne - w takim razie Tokyo nie jest "jego miejscem" i powinien poszukać wrażeń w innych częściach świata. Klimat tego wyjątkowego miasta ma to do siebie, że albo od razu trafia nam do serca, albo przeżywamy rozczarowanie - i tak już zostaje (w obu przypadkach). Zazwyczaj nie ma sytuacji pośrednich. Podsumowując zatem - wjedź na Tokyo Tower i sam(a) się przekonaj - kochasz to miasto, czy nie?

Z nieco innej beczki. Japończycy mają jakiś specyficzny dar do "bycia fanami". No, w końcu to właśnie w tym kraju narodziła się skrajna forma tego... hmm, stanu ducha? Otaku. Ale, do czego zmierzam - Japończycy potrafią być fanami chyba wszystkiego. Nie zdziwiłem się więc, gdy dowiedziałem się, iż są w Japonii fani... wież widokowych, czyli takich konstrukcji jak Tokyo Tower. Fani ci odwiedzają kolejne wieże widokowe w Japonii (bo jest ich tam więcej - Tokyo Tower nie jest jedyna), przywożąc stamtąd różnego rodzaju pamiątki i dążąc do tego, aby w końcu odwiedzić je wszystkie. W sumie, fajna sprawa - połączenie turystyki i kolekcjonerstwa. Swoją drogą, nie wiem czy wiecie, że w Tokyo niedługo ruszy budowa drugiej wieży widokowej - Tokyo Sky Tree, prawie dwukrotnie wyższej niż Tokyo Tower (ma mieć 610 metrów! - dla porównania: Tokyo Tower ma "tylko" 333 metry). Budowa ma być zakończona w 2012 - oj, będziemy z kamerą, specjalnie dla Was, śledzić każdego roku postępy prac. Aż w końcu, wybierzemy się na sam szczyt z tą samą nieodłączną kamerą, gdy tylko budowa dobiegnie końca. Będzie co podziwiać!

Materiał filmowy, który tu przedstawiamy, został nakręcony 28 marca 2007 roku. Miłego oglądania.

niedziela, 17 sierpnia 2008

Japonia oczami fana - odcinek 1 - Fanowskie automaty





Ten odcinek kręciliśmy pod koniec marca 2007 roku w Tokyo w dzielnicy "fanowskiej" Akihabara. Oczywiście, tematu nie wyczerpaliśmy, a zaledwie się o niego otarliśmy, gdyż fanowskich rozrywek związanych z automatami jest w Japonii o WIELE więcej. Ale, nic straconego - na pewno tam jeszcze wrócimy (ba, wracamy cały czas - tym razem już z kamerą HD - efekty tego ujrzycie w drugiej serii JOF). Swoją drogą, dobra rada dla wszystkich fanów mangi i anime, wybierających się do Japonii i oczekujących, że sklepy z "fanowskim stafem" znajdą na każdym rogu w każdym miejscu Japonii - błąd. Jeśli tak podejdziecie do tematu, czeka Was niemiłe rozczarowanie. Owszem, manga w Japonii jest wszechobecna, ale nie w taki sposób, jaki sobie niektórzy wyobrażają. W "ten sposób" obecna jest tylko w dzielnicy Akihabara - i właśnie od tej dzielnicy proponujemy rozpoczęcie fanowskiej wycieczki po Tokyo. Dlaczego po Tokyo? To proste. Jeśli jedziesz do Japonii jako fan/fanka mangi i anime, to właśnie od Tokyo powinieneś/powinnaś zacząć, gdyż to właśnie tam istnieje największe zagęszczenie wszelakich "fanowskich przybytków rozkoszy". ;) Szybko bowiem przekonacie się, iż czas bardzo szybko mija (wszystko co dobre, szybko się kończy;) i duże zagęszczenie miejsc, które chcecie odwiedzić, okaże się wielką zaletą. To, rzecz jasna, jeden z wielu powodów, dlaczego warto zacząć właśnie od Tokyo i dzielnicy Akihabara. O innych opowiemy Wam przy innych okazjach. Miłego oglądania. :)

piątek, 8 sierpnia 2008

Japonia oczami fana - odcinek 0 - Invitation



Oto trailer do serii krótkich filmików nakręconych w Tokyo w marcu/kwietniu 2007 roku. Niestety, marnej jakości, bo tylko taką jakość oferuje YouTube (przynajmniej na razie). Natomiast jeśli ktoś chciałby obejrzeć ten film w pełnej krasie, zapraszam do linków poniżej.

MrJedi TV - kanał filmowy na YouTube


Drogi Widzu - możesz również zasubskrybować filmy z serii "Japonia oczami fana" na YouTube. Od tej chwili będziesz powiadamiany o każdej nowości!