
Ciężkie jest życie fana - westchnęła pewnego razu moja znajoma, dźwigając dwie torby mang, pożyczonych od koleżanki. Wypad do Tokyo na fanowskie zakupy, to coś, czego nie da się opisać w słowach - czyste szaleństwo, które tylko fan zrozumieć potrafi. Jednak oprócz megaprzyjemności, czekają nas tu również różnego rodzaju “problemy techniczne”, bo przecież potem trzeba jakoś te dziesiątki kilogramów przetransportować do kraju, a limity bagażowe w samolotach wystarczą jedynie na nasze podstawowe rzeczy codziennego użytku. Trzeba więc uzbroić się w informacje, dokonać rekonesansu rynku i działać.
Ten filmik nakręciliśmy pewnego razu, w naszym tokijskim apato (mieszkaniu), gdy postanowiliśmy powyjmować w końcu z setek torb i paczuszek, zrobione przez nas w ciągu ostatnich kilku tygodni zakupy w różnego rodzaju fanowskich sklepach i wysłać ten cały kolorowy bajzel do kraju. Okazało się, że mamy do wysłania dziesiątki kilogramów, a przesyłki lotnicze są tak kosztowne, że wszystkie te wspaniałości kosztowałyby nas prawdziwą fortunę. Znaleźliśmy jednak opcję - przesyłkę lądową, która cenowo jest całkiem ekonomiczna, pod warunkiem, że przesyłka nie zaginie. Nam nie zaginęły - a wysłaliśmy ich sporo. Znamy jednak przypadek naszego znajomego, który takową przesyłkę stracił. A zatem, jest to jednak możliwe. Jak jednak widać, nie jest tak źle i spokojnie można zaryzykować.
Zakupy fanowskie w Tokyo uzależniają od pierwszego razu. Nie da się tego wyjaśnić słowami. To jeden z tych niezwykłych elementów z których składa się to magiczne miasto. Ktoś mnie kiedyś zapytał, ile trzeba wziąć ze sobą pieniędzy, jadąc na takie "fanowskie zakupowanie". Nie ma odpowiedzi na to pytanie. Bo nie ma takich pieniędzy, których nie można by tam wydać. Jednak jeśli już koniecznie musiałbym wymienić jakąś kwotę, to z moich długoletnich doświadczeń wynika, iż absolutnym minimum jest "jeden man", czyli 10 tysięcy jenów... dziennie. Tylko na same fanowskie zakupy. Miejcie to na uwadze, jadąc do Japonii.
I do diabła - nie przejmujcie się, jeśli nie będziecie mieć tych pieniędzy. Sam wyjazd już będzie wystarczająco wielkim przeżyciem, więc jak tylko będziecie mieć okazję pojechać, to do wszystkich diabłów - jedźcie! A resztę zrozumiecie na miejscu. ;)
Patrzę, patrzę... i ani trochę się nie dziwię ;)
OdpowiedzUsuń