Miłość na sprzedaż czyli jak młody samuraj zostaje gejszą

15:30:00 MrJedi 7 Comments

Spacerując wieczorową porą jedną z klimatycznych, tokijskich uliczek w dzielnicy Shinjuku, widzę rozpromienioną parę. On młodszy, dosyć nieporadnie próbuje udawać nonszalanckiego gentlemana, ona nieco starsza, rozentuzjazmowana, niemal wisząc mu na ramieniu, zasypuje go lawiną słów, przerywanych dziewczęcym śmiechem. Nie jest to typowa, japońska para. Wszystko się wyjaśnia w momencie, gdy oboje wchodzą do jednego z tutejszych host clubów.

Ostatnie dwie dekady zostawiły na japońskim społeczeństwie bardzo wyraźny ślad. Gdy z końcem lat 80. XX wieku pękła zapewniająca dobrobyt i bezpieczeństwo dozgonnego zatrudnienia japońska bańka ekonomiczna, zaczęły też pękać dotąd nienaruszalne struktury społeczne. Spadła liczba zawieranych związków małżeńskich oraz urodzin. A wszystko dlatego, że japońscy mężczyźni zaczynają coraz częściej mieć dość odgrywania roli jedynych żywicieli rodziny, spędzania całych dni w pracy, a kobiety bycia schematycznymi gospodyniami domowymi, poświęcającymi całe życie na wychowywanie dzieci i zajmowanie się domem.

Natury jednak nie da się oszukać. Rosnąca liczba niezależnych finansowo singielek potrzebuje uczuć, a jeśli nie odnajduje ich w związkach, szuka ich na niemającym sobie równych, japońskim rynku usług towarzyskich. To właśnie tutaj, bardzo młodzi, dziecinnie gładcy, mili młodzieńcy, za odpowiednią kwotę, obdarzają japońskie kobiety symulowanymi uczuciami, których te tak bardzo pragną.

Dwa typy mężczyzn


Współczesne Japonki zdają się być rozdarte pomiędzy pragnieniem obcowania z dwoma ideałami mężczyzny: szarmanckim, czasami nawet nieco dzikim, obcokrajowcem, a delikatnym, zamkniętym w sobie Japończykiem, który zdobędzie jej względy naturalnością i szczerością swojego serca. Są to oczywiście bardzo ogólne, niemal karykaturalne schematy myślenia współczesnych Japonek, ale obserwując jak rozwijało się to społeczeństwo w drugiej połowie XX wieku, nie sposób im zaprzeczyć. – Bo widzisz, Pabeu-san – tłumaczy mi moja japońska przyjaciółka, która dzięki temu, że dużą część swojego życia spędziła za granicą, jest w stanie swobodnie rozmawiać na tematy dotyczące japońskiego społeczeństwa. – To wygląda mniej więcej tak, że z jednej strony Japonki, choć wychowywane w przeświadczeniu, że powinny być delikatne i uległe, tak naprawdę są w głębi duszy takimi samymi kobietami jak wszystkie inne i pragną partnera, który się przed nimi otworzy, tak jak one przed nim – tłumaczy, popijając doskonałą, japońską herbatę. – Z drugiej jednak strony, o ile obcokrajowcy z ich punktu widzenia ucieleśniają te pożądane cechy, to jednak generalnie ideałem męża nadal pozostaje ten stonowany, uczciwie pracujący na rodzinę, japoński mężczyzna. Są więc w pewien sposób rozdarte pomiędzy dwoma światami, a chłopcy z host clubów stają się uniwersalnym rozwiązaniem, łączącym w sobie oba elementy. Japoński przemysł rozrywkowy bardzo szybko reaguje na wszelkie zmiany.


Sprzedajemy marzenia


Patrzę na siedzącego przede mną młodzieńca, ledwie dwudziestojednolatka, który wygląda raczej jak nieco niechlujnie przebrany naprędce w kosztowny garnitur piętnastolatek. Oto natura Japończyków, zawsze wydają się o wiele młodsi, niż wskazuje na to ich wiek, przynajmniej z punktu widzenia nas, obcokrajowców z zachodniej części świata. To nie tylko kwestia diety i genów, ale i dojrzałości emocjonalnej.

Chłopak wyciąga z kieszeni wytrenowanym gestem złotą zapalniczkę i z równie teatralnie sztywną, acz perfekcyjnie wytrenowaną manierą, zapala papierosa. Mam wrażenie, jakbym oglądał przedstawienie i faktycznie, tak właśnie jest. Wszystko, co robią ci chłopcy w tokijskich host clubach, to jedno wielkie przedstawienie i oni temu nie zaprzeczają. – Nie ukrywamy, że sprzedajemy marzenia – mówi mi jeden z nich, wypuszczając powoli dym, niczym gwiazda złotego ekranu lat trzydziestych. – Cała sztuka polega na tym, aby stworzyć iluzję w którą ona uwierzy – wyjaśnia bez skrępowania. – Nie można mieć do nas o to pretensji, bo sprawa jest jasna od samego początku, tyle że my nie możemy o tym zbyt otwarcie rozmawiać z naszymi klientkami, bo to zniszczy iluzję. To swoisty rodzaj gry, na który godzą się wszyscy zainteresowani – uśmiecha się z satysfakcją. – Wszystko opiera się na subtelnej równowadze, chodzi o to, aby dać to, czego oczekuje klientka, ale jednocześnie pozostawić swoisty niedosyt z mglistą obietnicą, że następnym razem dostanie więcej i dokładnie to, czego pragnie. Dzięki temu wracają – uśmiecha się, wypuszczając kolejną chmurkę dymu. – Tak to działa – dodaje, wzruszając ramionami.

Mogłabym się dla niego zabić


Żeby pełniej zrozumieć zjawisko japońskich host clubów dla kobiet, spotykam się z jedną z klientek. Niełatwo było do niej dotrzeć, bo Japonki niechętnie mówią o takich sprawach. Jednak dzięki wielotygodniowej pomocy moich japońskich przyjaciół, siedziałem teraz w jednej ze stylowych kafejek naprzeciwko dwudziestodziewięcioletniej mieszkanki stolicy Japonii, która obracając ozdobną filiżankę wypełnioną czarnym, aromatycznym naparem, wpatrzona w nią ślepym spojrzeniem, nieśmiało próbowała ubrać w słowa swoje trudne do opanowania emocje. – Wiele razy powiedziałam mu, że nie mogę bez niego żyć, ale on nigdy nie odpowiedział na moje wyznania w jednoznaczny sposób – tłumaczy przyciszonym głosem. – On nie potrafi zrozumieć, że traktuję go poważnie, a nie jak kolejną przygodę – mówi bardziej do siebie niż do mnie, nie odrywając wzroku od filiżanki. – Ja naprawdę byłabym w stanie się dla niego zabić – mówiąc to po raz pierwszy tego wieczoru spogląda mi w oczy. Jej spojrzenie przez jedną sekundę powoduje, że czuję na karku mrowienie, bo w jej oczach widzę prawdziwą determinację. To oczywiście skrajny przypadek, choć na pewno nie jedyny. W niektórych przypadkach subtelna gra przekracza granice i do głosu wkraczają emocje nad którymi często trudno zapanować. – Boleję nad tym, że nie mogę widzieć go codziennie, bo usługi hostów są bardzo kosztowne – wyjaśnia ze smutkiem. – Wydaję na to większość moich dochodów.

Pieniądze i seks


Nietrudno się domyśleć, że w tym biznesie chodzi o duże pieniądze, ale nie każdy zdaje sobie sprawę, o jak duże. – Nie trzeba się specjalnie wysilać, aby zarobić trzydzieści tysięcy jenów w jeden wieczór – wyjaśnia mi młody host, odpalając kolejnego papierosa. – Bardziej doświadczeni potrafią wycisnąć nawet ponad sto tysięcy co wieczór – dodaje z uznaniem dla swoich bardziej doświadczonych kolegów. Nie trzeba być wybitnym znawcą, aby zrozumieć ten prosty przekaz. Ci młodzi chłopcy pracujący w klubach w Shinjuku są w stanie zarobić w kilka dni bardzo dobrą, miesięczną tokijską pensję. Nic więc dziwnego, że konkurencja jest spora, a czas pracy młodego hosta, bardzo krótki. – Rzecz polega na tym, aby zdać sobie sprawę, że to tylko czasowe zajęcie, a strumień pieniędzy nie będzie płynął wiecznie – dodaje jego starszy kolega, który dołączył do nas z opóźnieniem w środku rozmowy. – Jeśli jesteś mało przewidujący, przepuścisz je wszystkie, ale jeśli potraktujesz to jak inwestycję, po zakończeniu kariery jako host będziesz mógł przeznaczyć zebrane środki na otwarcie własnego klubu, a wtedy twoje zarobki mają szansę wskoczyć na jeszcze wyższy poziom – dodaje z powagą. W tym momencie nie mogę się powstrzymać i zadaję pytanie, które musiało zostać zadane. – To zależy – odpowiada jeden z moich rozmówców. – Seks to kwestia umowna – wyjaśnia. – Generalnie sprzedajemy tylko towarzystwo, flirt, bez kontaktów intymnych. Tu obowiązuje ta sama zasada co w wielu innych rodzajach klubów towarzyskich: czym bardziej ekskluzywny klub, tym większe zakazy obowiązujące w tej sferze. Są jednak kluby, które pozostawiają swoim hostom do pewnego stopnia wolną rękę i nieoficjalnie, poza klubami, możliwe są takie dodatkowe usługi. Przeważnie jednak zawsze robisz to na własne ryzyko. Nie po to przecież kobiety przychodzą do host clubów – wyjaśnia. – Tu chodzi głównie o uczucia. Sprzedajemy marzenia, nic więcej. Seks sprzedaje się gdzie indziej.

Dzieci w wielkim świecie


Siedząc tak i rozmawiając z tymi miłymi chłopcami, wciąż nie mogę wyrzucić z mojej głowy przeświadczenia, że rozmawiam z dziećmi. Zagubionymi dziećmi w zgiełku wielkiego miasta. Tryb życia jaki prowadzą, przypomina jedno wielkie młodzieżowe przyjęcie z przerwami na posiłek i sen. Gdy zapraszają mnie do swojego mieszkanka, które dzielą we trójkę, moje przypuszczenia zostają potwierdzone. Oto wkraczam do lokum pełnego niezaścielonych materaców, walających się po podłodze ubrań, kuchni pełnej niepodomywanych naczyń i resztek niedojedzonych posiłków. – Raz w tygodniu wynajmujemy zawodową sprzątaczkę – wyjaśnia. – Ma klucze i przychodzi w piątki po południu, gdy nas już nie ma, by doprowadzić mieszkanie do porządku. Dzisiaj jest już środa, więc chaos zdołał zapanować nad naszym mieszkaniem – wyjaśnia pośpiesznie, nastawiając ekspres do kawy i rzucając okiem na zegarek. – Musimy się niedługo zbierać, ale ty się nie krępuj, rozgość się, jeden z nas ma dzisiaj wolne, więc dotrzyma ci towarzystwa i wyjaśni co zechcesz – rzuca w pośpiechu. Przysiadam na tatami i przeglądając rozrzucone magazyny o modzie, urodzie, gadżetach oraz te pełne komiksów, obserwuję ukradkiem ich rodzinną krzątaninę. W ich zachowaniu dostrzega się wiele uczuć rodzinnych, niczym pomiędzy kochającymi się, małymi braćmi. Ich niemal dziecięca nieporadność podczas wykonywania prawie każdej domowej czynności w połączeniu z narzuconą na nich zawodową odpowiedzialnością i odgrywaną dorosłością, budzi we mnie dziwnie mieszane wrażenia. Cała trójka z różnych powodów wcześnie opuściła swoje rodzinne domy. Historia każdego z nich mogłaby posłużyć za osobną opowieść pełną dramatycznych zwrotów akcji. Patrząc na to, jak funkcjonują, nie mogę powstrzymać się, aby nie patrzeć na nich jak na zagubione dzieci w zimnym świecie dorosłych. Ich celem jest wieczna zabawa, choć jednocześnie muszą chodzić twardo po ziemi, aby przetrwać. Przemykając się po kuchni szturchają się niczym dzieciaki, śmieją i żartują, ale gdy rozmawiają ze mną o pieniądzach i pracy, są wyrachowanymi biznesmenami, nie żywiącymi żadnych sentymentów dla swoich klientek. W ich świecie wszystko jest na sprzedaż. I wszystko jest zabawą.

Wielki biznes


Przechadzając się ulicami w centralnej części tokijskiej dzielnicy Shinjuku, słynącej z wielobarwnej oferty rozrywek wszelakich, trudno nie zauważyć wielkich bilbordów wypełnionych gładkimi twarzyczkami gwiazd z host clubów. Ci chłopcy nie są jakimiś tam anonimowymi pracownikami w nocnych klubach, lecz prawdziwymi gwiazdami: pojawiają się w telewizji, występują w reklamach, sygnują swoimi nazwiskami produkty, piszą książki. Są pożądanymi gwiazdami, dostępnymi dla każdej, przechodzącej obok klubu, spragnionej uczuć kobiety. Z punktu widzenia klienta ich życie jest wspaniałą przygodą i wieczną zabawą, jednak od kuchni niekoniecznie tak to wygląda. Nie od dziś wszak wiadomo, że tam gdzie chodzi o wysokie stawki, tam pojawia się również silna konkurencja. Są też pułapki.

Wypijmy za błędy


System obsługi klientek funkcjonujący powszechnie w tokijskich host clubach jest bardzo prosty. To klientka wybiera, który z hostów ma jej dotrzymywać towarzystwa i choć przy pierwszej wizycie nie musi jeszcze podejmować tej decyzji, to jednak później zazwyczaj „wiąże się” z jednym z nich i od tej chwili to on będzie „jej dyżurnym mężczyzną” w tym przybytku flirtu. Spotkania odbywają się w stylowo zaprojektowanych lokalach pełnych stolików, przy których następuje konsumpcja alkoholu. Kupienie alkoholu dla siebie i towarzyszącego młodzieńca jest warunkiem koniecznym, gdyż w ten właśnie sposób „kupuje się czas” obsługi. To prosty system, który powoduje, że popularność danego hosta automatycznie przekłada się na zarobki, gdyż host ma udziały w każdej sprzedanej porcji alkoholu, który konsumuje wraz ze swoją klientką. – Nietrudno się domyślić, że codzienne spożywanie alkoholu w takich ilościach ma swoje negatywne skutki – wyjaśnia mi po zawiłym tłumaczeniu realiów swojej pracy poznany host. – Każdy radzi sobie z tym na swój sposób, jedni popadają w alkoholizm, inni regularnie odwiedzają toalety, aby pozbyć się zawartości żołądka. Pojawiają się też host cluby oferujące alternatywę w postaci drinków bezalkoholowych z wyższą prowizją, aby zachęcić do zmiany nawyków. Nie da się jednak ukryć, że alkohol jest problemem w tej branży. – Kończy z kwaśną miną. – Bo wszystko w życiu ma swoją cenę – dodaje filozoficznie po chwili. To tylko zaostrza mój apetyt. Postanawiam przyjrzeć się zjawisku japońskich host clubów znacznie dokładniej. (…)

(więcej opowieści m.in. o japońskich host clubach i pracujących tam młodzieńcach, będziecie mogli przeczytać w powstającym właśnie drugim tomie książki z serii „Japonia oczami fana”)

7 komentarzy:

  1. To rzeczywiście bardzo ciekawy temat,a przede wszystkim dobrze opisany. Od dawna mnie interesuje, gdyż jestem fanką 'Ouran High School Host Club' ;) Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ten temat faktycznie jest ciekawy, jak zresztą cały japoński przemysł rozrywkowy - zjawisko niezwykle różnorodne. Host Cluby to tylko jedna z wielu opcji na tym rynku. Temat ledwie tu zasygnalizowałem i więcej piszę o nim w książce. ;)

      Usuń
  2. Kiedy możemy spodziewać się drugiego tomu książki ???? :D :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chciałbym móc precyzyjnie odpowiedzieć na to pytanie, bo często jest mi zadawane. Niestety dopóki nie znajdę nowego wydawcy, sprawa jest dosyć "rozmyta w czasie".

      Usuń
  3. No tak. Inność obcokrajowca fajna jest na chwilę; na dłuższą metę szuka się kogoś podświadomie bliższego sobie. A że nie tak często nie za nic? Cóż...

    OdpowiedzUsuń
  4. Witam Panie Pawle wielki szacunek dla Pana :) sam jestem fanem Japońskiej kultury choć mam za sobą tylko 20 wiosen :) . Moim marzeniem jest wyjazd Japonii na stałe. Dla mnie jako młodego człowieka jest to fascynujące przeżycie dzięki któremu będę wiedział że będę mógł polegać na samym sobie . I takie pytanie małe z mojej strony czy ciężko znaleźć pracę w Japonii . Chodzi mi na początek o pracę kelnera czy jest taka szansa że obcokrajowiec dostanie taką pracę ?

    OdpowiedzUsuń
  5. Niestety nie. Jest to bardzo trudne, zwłaszcza w przypadku obywatela kraju nieanglojęzycznego. Gdybyś: 1) był native speakerem anglojęzycznym lub posiadał dyplom znanego anglojęzycznego uniwersytetu 2) znał język japoński oraz 3) miał poszukiwany zawód, np. informatyk, naukowiec z poszukiwanej dziedziny, itp. to miałbyś spore szanse. Jednak pracujący w Japonii Polacy to rzadkość, a już na pewno nie dostaniesz posady typu kelner, którą może wykonywać Japończyk/Japonka, bo taką pracę Japończycy zachowują dla siebie. Gajdzini w większości dostają taką pracę, jakiej nie mogą wykonywać miejscowi, co najczęściej sprowadza się do nauki języka angielskiego. No, jeszcze zostaje płeć piękna, która może załapać się do bogatego, japońskiego przemysłu rozrywkowego, ale to osobna opowieść. Więcej piszemy o tym na naszym forum: http://japoniaoczamifana.frix.pl Oczywiście dostanie pracy w Japonii jest możliwe, lecz jeśli nie spełniasz choćby jednego z powyższych punktów, to jest to bardzo, bardzo trudne. Prawie niemożliwe.

    OdpowiedzUsuń