Tokyo to gigantyczna, zatłoczona metropolia. Życie w tym mieście dostarcza wielu wspaniałych przeżyć, ale jeśli chcemy tu mieszkać, musimy się pogodzić z tym, że najprawdopodobniej metraż naszego mieszkania nie będzie zbyt imponujący. Typowe, tokijskie, małe apato (mieszkanie) nie zostało bowiem stworzone do przebywania w nim całymi dniami, to bardziej miejsce na osobiste rzeczy, służące do spania i przygotowywania prostych posiłków, bo i tak całe życie towarzyskie w tym mieście odbywa się poza domem. Tokijskie mieszkanka to konstrukcje bardzo praktyczne i doskonale przemyślane.
Oto typowy przykład tokijskiego lokum, które sfilmowałem na miejscu specjalnie dla was. Oczywiście, nie jest to jedyna opcja, ale bardzo tu popularna. W Tokyo istnieją firmy specjalizujące się w wynajmie mieszkań i nawet gajdzin może zamieszkać w tokijskim apato. Przy pobytach dłuższych niż kilka tygodni jest to bardzo opłacalna opcja.
Oto jeden z wynalazków Japończyków, okrzyknięty swego czasu przez wielu "dziwactwem". Ale wiecie co? Nie takie dziwactwo dziwne, jak się temu bliżej przyjrzeć. Tlen to bardzo przydatny gaz i wciągnięcie go w odpowiedniej ilości może znacznie poprawić wasze samopoczucie. Działa to zupełnie inaczej niż kawa i inne dopalacze, być może słabiej, ale za to jest w pełni nieszkodliwe, a nawet dobroczynne; pod warunkiem, że nie przesadzicie, bo przedobrzyć oczywiście można ze wszystkim.
Wiedziony naturalną ciekawością, będąc w Tokio, zakupiłem tenże pojemnik z tlenem i zaaplikowałem go sobie w dwóch podejściach, część od razu, a drugą część podczas kręcenia tego filmiku. Sami zobaczcie, jak to wygląda.
Ekipa JOF miała przyjemność gościć na wrocławskim konwencie miłośników japońskiej popkultury, Baka 2011. Jak zwykle działo się bardzo wiele i jak zwykle nie mogliśmy być wszędzie, ale i tak staraliśmy się uchwycić w naszej wszędobylskiej kamerze wszystko, co tylko się dało (i nie dało). Efektem tego pokrętnego kręcenia są te cztery nagie filmiki, na których obnażamy prawdziwe oblicze zalanej japońskim różem wyobraźni fanów nihońskiej popkultury. Już (prawie) tradycyjnie mieliśmy również przyjemność spotkać się z wami na czwartym z kolei, JOFowym panelu. Co prawda prowadzący lekko niedomagał z powodu dręczącej go grypy, ale jak zwykle gorąca atmosfera panująca na spotkaniu okazała się nieoceniona i wszystko przebiegło bez komplikacji. Oto wynik tego całego zamieszania, widziany obiektywem kamery umieszczonej gdzieś wewnątrz. Nawet nie pytajcie, gdzie.
Cięcie pierwsze: czyli klip pełen krwi i obdzieranych z ubrań niewiast. Uwaga: przed obejrzeniem zapoznaj się z lekarzem lub farmaceutką oraz sprawdź stan swojego serca!
Cięcie drugie: na którym poznajemy mocarnego Baloo i zgadujemy zagadki muzyczne przygotowane przez Tenno. No wiecie, ten... no... jak mu tam...?
Cięcie trzecie: panel na którym padła rekordowa liczba dziwnych pytań, dotyczących Japonii. Na pytania jeszcze dziwniej odpowiadał zwalony z nóg MrJedi.
Cięcie czwarte: wykonane dnia następnego, podczas wycieczki do wrocławskiego ogrodu japońskiego. Ofiar w wycieczkowiczach nie stwierdzono, bo wszystkie ofiary zostały zjedzone przez zombi.
Zazwyczaj pokazuję na tym blogu miejsca i zjawiska zaobserwowane w Japonii, co często wiąże się z faktem, iż większość czytelników wzdycha ze smutkiem, mając świadomość, jak trudno im będzie wybrać się w te wszystkie egzotyczne miejsca, mimo najszczerszych chęci. Tym razem będzie inaczej, gdyż chciałbym wam przybliżyć niezwykłe miejsce, przepełnione duchem Japonii, ale mieszczące się w Polsce. We Wrocławiu.
Ogród japoński we Wrocławiu, to na pierwszy rzut oka mały i niepozorny punkcik na mapie miasta, ale każdy kto tu był przekonał się, jak wiele ma uroku. I to tego orientalnego, a jednocześnie - naturalnego. Dodatkowym, niemałym bonusem jest tu fakt, iż ogród japoński mieści się w bezpośrednim sąsiedztwie wrocławskiego Parku Szczytnickiego (właściwie to formalnie leży na jego terenie), sławnego Wrocławskiego Zoo oraz Hali Stulecia, która ze swoją prześliczną zieloną pergolą i multimedialną fontanną, w okresie wiosenno-letnim stanowi wspaniałą atrakcję. Ogólnie rzecz ujmując, jest to jedno z miejsc/obszarów we Wrocławiu, które należy koniecznie odwiedzić, a najlepiej - odwiedzać je regularnie.
Wracając do sedna - to właśnie w tym niezwykłym miejscu we Wrocławiu, kryje się jeszcze bardziej niezwykła - i to na skalę europejską - oaza naturalnego piękna: ogród japoński. Cały projekt został zainicjowany na początku XX wieku przez wielkiego miłośnika Japonii - Fritza von Hochberga i zrealizowany z udziałem japońskiego specjalisty od planowania ogrodów - Mankichi Arai. Ogród powstał przy okazji Wystawy Stulecia, która miała miejsce we Wrocławiu w roku 1913, wtedy też po raz pierwszy zaprezentowano ogród japoński szerokiej publiczności. Niestety, po zakończeniu imprezy, ogród japoński został pozbawiony wielu istotnych elementów, tracąc tym samym na swym wizualnym pięknie.
Najgorszym okresem dla ogrodu japońskiego okazały się lata PRLu, kiedy to zielone tereny ogrodu popadały w ruinę i zapomnienie. Pojawiły się co prawda próby uzupełnienia jego krajobrazu w latach 70, ale na prawdziwy powrót do życia ogród japoński musiał czekać aż do roku 1997, kiedy to dzięki współpracy władz miasta z Ambasadą Japonii i ogrodnikami z Nagoi, dokonano prawdziwego przełomu. Ogród japoński po wielu latach zapomnienia, na powrót wyłonił się z cienia - piękny jak nigdy dotąd.
Dodam w ramach ciekawostki, że ekipa "Kawaii", pierwszego w Polsce magazynu dla miłośników japońskiej popkultury, była obecna na tym otwarciu, z którego sprawozdanie ukazało się w czerwcu 1997 roku w pierwszym, historycznym już numerze magazynu.
Niestety, ogród japoński i tym razem miał pecha, bowiem dwa miesiące później Wrocław nawiedziła "powódź stulecia" i zniszczyła z takim trudem odbudowaną roślinność ogrodu. Na ponowne odrodzenie ogród musiał czekać ponad dwa lata - ale naprawdę było warto. Dzisiaj ogród japoński jest jedną z najpiękniejszych wizytówek Wrocławia.
Piszę te słowa w samym środku wakacji. Piszę te słowa o miejscu, które mieści się prawdopodobnie najwyżej kilka godzin jazdy od Waszego domu. Piszę o miejscu w którym możecie się znaleźć w każdej chwili - niewielkim wysiłkiem i przy udziale małych kosztów. W zamian poznacie śliczne miasto i zanurzycie się w kojącym duchu zielonej Japonii. Rzućcie wszystko i zafundujcie sobie trochę wolnego i pozbawionego stresu czasu, pełnego zielonego, prostego piękna. Szczerze zachęcam.
Odkrywanie Japonii na własną rękę, to prawdziwa frajda i przygoda w pełnym tego słowa znaczeniu. Nie ma to jak samemu ruszyć w nieznane i nastawić się na niespodzianki, czekające na nas za każdym niemal zakrętem. Wiedzeni tą myślą, będąc w Kyoto, pewnego razu ruszyliśmy w kierunku Arashiyamy, gdzie z dziką rozkoszą wtopiliśmy się w zielony, niezwykle klimatyczny krajobraz tego miasta. Nasza wycieczka była spontaniczna i pozbawiona szczegółowego planu (dlatego pewnie jeszcze tam wrócimy) i choć z jednej strony nie dane nam było odkryć wszystkich atrakcji, jakimi naszpikowana jest ta okolica, to z drugiej strony doświadczyliśmy bardzo sympatycznej przygody, nieobciążonej napiętym planem i temu podobnymi, niepotrzebnymi "formalnościami". Całą tę frajdę i klimat starałem się przekazać wam w niniejszym filmiku - i to był w sumie główny cel jego powstania. Mam nadzieję, że i wy, choć trochę, poczujecie ducha tej nastrojowej wycieczki, a kto wie, może i nawet niejednego dojrzycie. Miłego oglądania!
Japończycy skutecznie udowadniają, że kwiaty wiśni pasują do wszystkiego, również do ciężkich murów zamku. Przekonaliśmy się o tym na własne oczy, trafiając w wyniku południowego, niezobowiązującego spacerku po Kyoto do sławnego zamku Nijo. Sam zamek jak zamek, a raczej swoisty kompleks pałacowy, był oczywiście sympatyczny (jeśli można tak powiedzieć o zamku - no ale przecież w Japonii wszystko może być "kawaii"!), ale to co było w nim... najsympatyczniejsze, to mistrzowsko zaprojektowane parki ze wszechobecnymi drzewami sakury i śliw. Kto by pomyślał, że za murami warownej budowli można spędzić tak sympatyczne i pełne kwiecia popołudnie.
Mnie, jako fana japońskiej kinematografii, wyjątkowo zaintrygował tu fakt, iż właśnie w tym miejscu kręcono między innymi sławny serial - co prawda Amerykański - "Shogun". Amerykański, ale jednocześnie bardzo nieamerykański i skutecznie wzbogacony, "uszlachetniony" przez plejadę japońskich gwiazd, które uczyniły z tej niezwykłej produkcji unikalną mieszankę, doskonale strawną dla widza z Zachodu, a jednocześnie zawierającą niesamowicie duży jak na standardy amerykańskie, ładunek "japońskości". Co tu dużo mówić, wybrałem się do tego miejsca aby dotknąć historii - nie tylko tej starszej. Kyoto doskonale się nadaje na tego typu eskapady.
Po Kyoto można się włóczyć dniami, tygodniami, miesiącami i bez przerwy, bez znużenia, pławić się w oparach historii i wchłaniać ją przez skórę. Wystarczy mapka w kieszeni, trochę drobnych na miejski transport i napoje z automatów i mamy gotową, niekończącą się przygodę w klimatach dawnej Japonii. Do tego jeśli trafimy tu pod koniec marca, gdy leciutkie powiewy wiosennego wiatru rozdmuchują delikatne płatki kwitnącej wiśni, sceneria osiąga tu szczyt swojego piękna i dostarcza tak dużej ilości pozytywnych impulsów, że nie sposób się nie zachwycać.
Nasz kolejny filmik to luźna impresja na temat naszego spacerku po słonecznym Kyoto i ogrodach zamku Nijo. Jak zwykle widzieliśmy i doświadczyliśmy o wiele więcej, niż byliśmy w stanie nagrać i przekazać za pomocą kamery, więc jeśli spodoba wam się to, co zobaczycie, tym bardziej zachęcamy do odwiedzenia pokazanych tu miejsc. Miłego oglądania.
DROGI WIDZU! Filmy, które oglądasz na tym blogu, publikowane są na DWÓCH kanałach YOUTUBE. Możesz je subskrybować, dzięki czemu będziesz natychmiast powiadamiany o każdej nowości! Kliknij na buttony poniżej i bądź na bieżąco!
Japonia oczami fana w The Japan Times
Japonia oczami fana trafiła na łamy The Japan Times.