MITSUBACHI MAYA NO BOUKEN :: PSZCZÓŁKA MAJA
Wraz z oficjalnym wejściem anime na rynek Polski w połowie lat 90 ubiegłych stu latek, informacja o tym, iż "Pszczółka Maja" jest produkcją japońską, było chyba jednym z największych szoków, jaki wywołała japońska animacja w naszym kraju. Serial ten przywędrował do nas (i do wielu innych krajów) od niemieckiego dystrybutora, stąd często uważano, iż jest to serial niemiecki (francuski, polski, włoski, itd. - wersji było sporo). Tymczasem nasza ukochana "Pszczółka Maja", mówiąca słodkim głosikiem pani Ewy Złotowskiej, to sztandarowa produkcja jednej z najbardziej znanych japońskich wytwórni anime - Nippon Animation, specjalizującej się właśnie w tego typu familijnych serialach telewizyjnych. Oto oryginalna piosenka rozpoczynająca ten serial. Ma swój urok, choć jest zupełnie inna niż "nasza" wersja europejska, u nas śpiewana (oczywiście) przez Zbigniewa Wodeckiego. Miłego słuchania.
SHINBADDO NO BOUKEN :: PRZYGODY SINDBADA ŻEGLARZA
Śmiać mi się zawsze chciało, gdy trafiałem na osoby, które słysząc stwierdzenie, iż seriale animowane, takie jak (np.): "Przygody Sindbada Żeglarza", "Pszczółka Maja", czy "Wojna planet" są serialami japońskimi, najpierw nabierały głęboko powietrza z niedowierzania, a zaraz potem (wypuszczając je pod wielkim ciśnieniem), próbowały udowodnić, iż są to seriale (tu zależnie od osobnika): niemieckie, francuskie, włoskie, a nawet polskie (to w przypadku "Pszczółki Mai"). To było niesamowite widzieć, jak podczas tej (często niezwykle ekspresywnej) dyskusji, w głowie mego rozmówcy dokonuje się prawdziwa rewolucja. To było niemalże jak obalanie dogmatów. Serial "Przygody Sindbada Żeglarza" był właśnie jedną z takich produkcji, która - zagościwszy w naszych telewizorach w zamierzchłych latach 80 XX wieku i podana z polskim dubbingiem - niejednemu małemu widzowi namieszała wtedy w łepetynce. Serial jest naprawdę przedni (choć u nas pojawiła się wersja zmodyfikowana i nie pozbawiona błędów w tłumaczeniu), wyprodukowany przez znaną japońską wytwórnię Nippon Animation (to oni wyprodukowali również sławną "Pszczółkę Maję"). Ci z Was, którzy wychowali się na tym serialu, na pewno wspominają go z łezką w oku, bo "Przygody Sindbada Żeglarza" to kawałek dobrego, klasycznego anime. Nie będę namawiał nowych pokoleń do oglądania tej serii, bo wiem, że nie zrozumieją siły nostalgii w niej tkwiącej. Niemniej jednak, polecam go pamięci wszystkich tych, którzy wiedzą o czym mówię, bo przecież "Sindbad, Sindbad, z tobą się żyje weselej...". ;)
DOMINION TANK POLICE :: DOMINION: POLICJA PANCERNA
Może i trudno w to uwierzyć, ale kiedyś były w Polsce takie czasy, gdy o anime mało kto słyszał. W tych zamierzchłych latach, zdobycie jakiegokolwiek japońskiego filmu animowanego było nie lada wyzwaniem i wyczynem godnym miana prawdziwego otaku. Wtedy to właśnie na (często piracko) wydawanych VHS-ach, można było znaleźć prawdziwe perełki - anime po polsku. Jako, że japońska animacja była wtedy towarem wybitnie deficytowym (a dostęp do internetu posiadało zaledwie "parę" osób w każdym większym mieście), tego typu wydania anime były często niełatwe do namierzenia i zazwyczaj trzeba było nie lada szczęścia i samozaparcia, aby zdobyć takie legendarne niemalże cudo, jak anime wydane w języku polskim - rzecz niezwykle wtedy rzadką i prawie niespotykaną. Jedną z takich perełek były dwa odcinki serii OAV "Dominion Tank Police" (nie mylić z "New Dominion Tank Police"). Pamiętam, na trop tej kasety wpadł, piszący wtedy dla "Kawaii", Bartek Kędzierski (późniejszy twórca "Włatcy Móch"), który wydobył ostatni, uszkodzony egzemplarz tej kasety z jakiejś zakonspirowanej hurtowni, aby ją potem bohatersko zrecenzować na łamach pisma. To był niezły wyczyn. "Dominion Tank Police" to kawałek dobrego, klasycznego już anime, w którym znajdziecie szybką akcję, zabawnych bohaterów i dobrą muzykę. Coś w sam raz na sobotni wieczór. Oto (anglojęzyczny - bo japoński jest inny) opening tej serii - właśnie w takiej wersji anime to ukazało się w Polsce. Polecam - naprawdę warto zarwać wieczór.
DOUBUTSU TAKARAJIMA :: DZIECI WŚRÓD PIRATÓW
Zanim takie pojęcia jak: "manga", czy "anime", pojawiły się w zbiorowej świadomości Polaków (i nie tylko), filmowe szlaki w kinach i telewizji już przecierane były przez japońskie produkcje animowane, tyle że rzadko kto wiedział (czytaj: prawie nikt), że ma do czynienia z produkcjami japońskimi. Tak było z "Wojną Planet" (Załoga G), tak było z "Pszczółką Mają", tak było z "Panią łyżeczką", "Przygodami Sindbada Żeglarza" i wieloma innymi produkcjami. Tak też trafiły na ekrany polskich kin "Dzieci wśród piratów", czyli "Doubutsu Takarajima" ang. "Animal Treasure Island", pełnometrażowa produkcja anime, oparta na klasycznej powieści Roberta Louisa Stevensona, "Wyspa skarbów". Dla wielu Polaków było to pierwsze (nieświadome) zetknięcie z japońską animacją. Film otrzymał bardzo dobry, polski dubbing i w pierwszej połowie lat 70 ubiegłych stu wiosenek, radośnie przepłynął przez ekrany polskich kin. Warto tu dodać, iż przy tej produkcji maczał palce sam Hayao Miyazaki, jeszcze zanim założył swoje sławne Studio Ghibli. "Doubutsu Takarajima" to tak dobra produkcja, iż nawet dzisiaj ogląda się ją z prawdziwą przyjemnością. Gorąco polecam ją wszystkim miłośnikom twórczości Hayao Miyazakiego, ot chociażby dlatego, że prawdziwą frajdą jest obserwacja, jak rodził się tak dzisiaj kochany "styl mizajek". Na przykład, zwróćcie uwagę na "partnerkę" głównego, małego bohatera tej historii - widać w niej wyraźnie zapowiedź przyszłych, typowych dla Miyazakiego bohaterek - pełnych charyzmy i zacięcia przedstawicielek płci pięknej. Uwierzcie mi, sama frajda. Gorąco polecam.
SAILOR MOON SAILOR STARS
Oto opening piątej serii TV, absolutnie kultowego anime "Bishoujo Senshi Sailor Moon" (czy też, jak kto woli: "Czarodziejka z księżyca"). To chyba najbardziej ukochana animacja rozpoczynająca wszystkich fanów tej serii. Nic dziwnego, gdyż ma w sobie tak wiele energii, że nie sposób jej się oprzeć. Dodatkowo, sama piąta seria była bardzo dynamiczna i wprowadzała wiele nowych wątków, co tylko jeszcze potęgowało ogólne, pozytywne wrażenia. To właśnie dzięki tej serii anime (mówię teraz o wszystkich 200 odcinkach) w naszym kraju mógł w ogóle zaistnieć taki temat, jak: manga, anime, j-pop, j-rock i wiele innych, związanych z tym zjawisk. Tej serii można nie lubić, ale należy się jej wielki szacunek. Bo poza wszystkim, to bardzo dobre anime. I świetny kawałek muzyki. Miłego słuchania.
MACROSS: DO YOU REMEMBER LOVE? :: LYNN MINMAY
Pewnych rzeczy nie można do końca zrozumieć, jeśli nie doświadczyło się ich w czasach, w których powstawały. Bowiem (każde wybitne) dzieło nie jest tylko zamkniętym tworem, lecz częścią większej całości - jest elementem czasów, w których powstawało, ludzi, którzy je tworzyli, idei, filozofii, sposobów myślenia i działania, które zdążyły już zniknąć lub przynajmniej ulec przeobrażeniom. Film pełnometrażowy "Macross: Do You Remember Love?" jest symbolem czasów, w których powstawał - Japonia, połowa lat 80 zeszłego stulecia - narodziny kultury otaku (czy jak teraz zwykło się uogólniać: geeków), złote lata nowej ery japońskiej animacji i w tym wszystkim ta niesamowita opowieść - wielka, kosmiczna wojna, opowiedziana słowami nastrojowej, przepięknej i monumentalnej, romantycznej historii, sięgającej najdalszych zakątków kosmosu. Jedna z głównych bohaterek tej opowieści - ikona zarówno tej serii, jak i tamtych czasów - Lynn Minmay - była pierwszą megaidolką świata anime. To ona rozpalała wyobraźnię i uczucia fanów w czasach, gdy coś takiego jak "fan japońskiej animacji" w zbiorowej świadomości jeszcze nie istniało. Ta idea właśnie się rodziła. Ten świat dopiero powstawał. To, co widzicie na tym klipie, to sama końcówka (prawie dwugodzinnego) filmu - rozwiązanie intrygi, na jakie mogli wpaść tylko Japończycy: pokonaj wojnę i przemoc słowami piosenki, która przypomni ci, czym jest miłość. Japończycy są niepoprawnymi optymistami. Ten film to kawał historii anime - ikona swoich czasów. I nawet będąc fanem, można go uznać za nudny, można go nie lubić, ale znać po prostu wypada. Bo bez znajomości historii swojej pasji, nie można stworzyć jej przyszłości. Miłego oglądania.
MACROSS PLUS :: VOICES
Gdy w roku 1994 pojawiła się zjawiskowa seria anime "Macross Plus", Yoko Kanno stała się natychmiast megagwiazdą, ponieważ to, co zaproponowała w warstwie muzycznej tego filmu, przerosło oczekiwania nawet największych sceptyków i powaliło na kolana wszystkich fanów anime. Yoko Kanno jest japońską kompozytorką, artystką tak wielkiego formatu, iż słowa "genialna" i "kultowa" powinny być na stałe wkomponowane jako przedrostki przed jej nazwiskiem. I o ile zazwyczaj oba te terminy są powszechnie nadużywane, to w przypadku pani Kanno nie ma absolutnie żadnej (!) wątpliwości, iż jej się w całości należą. Każdy, kto wychował się na "Macross Plus" i w ogóle zaczynał swoją "mangową edukację" w latach 90 ubiegłego wieku (geez, jak to brzmi), wie o czym mówię. Utwór "Voices", zamykający serię "Macross Plus", był tak wielkim przebojem w świecie fanów japońskiej popkultury, iż narodziła się nawet pewna związana z tym anegdota, która głosiła, iż fana mangi i anime można rozpoznać właśnie po tym, że nawet obudzony w środku nocy, po ciężkiej imprezie, nie pamiętając jak się nazywa i gdzie jest, poproszony o zaśpiewanie (przynajmniej) pierwszej zwrotki "Voices" - zrobi to perfekcyjnie i bez zająknięcia. Cóż, było w tym wiele prawdy.
NEON GENESIS EVANGELION TV :: ZANKOKU NA TENSHI NO TEEZE
Każda legenda składa się z wielu pojedynczych, genialnych elementów, ponieważ aby legenda mogła zaistnieć, muszą się zgrać w jednym miejscu i czasie różne czynniki, które są niezbędnymi składnikami każdego dzieła doskonałego. Taki właśnie jest "Neon Genesis Evangelion", seria telewizyjna (bo o niej tu mowa: na razie pomijam inne elementy tego cyklu), która w 1995 roku dokonała swoistej rewolucji w przemyśle anime, a dokładniej - w jednym z jego gatunków, zwanego "wielkie roboty" (mecha), który dotąd służył głównie jako reklamówka dla wytwórców zabawek. Twórcy z kultowego studia Gainax, z niesamowitym Hideaki Anno jako reżyserem na czele, udowodnili, iż przeładowana fanowskim klimatem i "otakowskimi" elementami składowymi, seria anime, może być dziełem w pełni dojrzałym, mimo swej popkulturowej i komercyjnej otoczki - poważnym, doskonale przemyślanym, pogłębionym psychologicznie i skierowanym do znacznie dojrzalszego widza, niż miało to miejsce do tego momentu w prezentowanym tu gatunku. Dzisiaj takie zabiegi nie wydają się już niczym nadzwyczajnym, ale wtedy to był szok i prawdziwy kamień milowy. Przeniesienie dużej części akcji z pola bitwy do psychiki bohaterów i "uczłowieczenie" wielkich robotów oraz unikalna domieszka filozofii biblijnej, dało tak niesamowitą mieszankę wybuchową, iż seria ta prawie natychmiast po premierze trafiła na półki z napisem "klasyka", stając się automatycznie ikoną nowej ery przemysłu anime z wielkimi robotami w rolach głównych. Utwór z czołówki natomiast był jednym z elementów tego wielkiego sukcesu i w latach 90 ubiegłego wieku nie było fana, który nie znałby tego hitu (i chociaż raz nie próbował go zaśpiewać;). Opening ten tchnie tak wielkim klimatem fanowskim, iż słowa są tu zbędne - zobaczcie i posłuchajcie sami. Oto czysta dawka fanowskiej wyobraźni. A jeśli (jakimś cudem) nie widzieliście... nie, nie powiem tego.
GHOST IN THE SHELL :: MAKING OF A CYBORG
Gdy w połowie lat 90 ubiegłego wieku, pojawiła się na ekranach długo oczekiwana ekranizacja mangi "Ghost in the Shell", zapowiadana jako następca kultowego anime "Akira", niewielu wierzyło w te huczne zapowiedzi. Dzieła genialnego bowiem nie da się zaplanować. Jednak tym razem było inaczej - zgodnie z zapowiedziami, stworzono arcydzieło. Film zadziwiał w warstwie wizualnej, treściowej i muzycznej, oferując doskonale wyważoną akcję, genialny klimat i niezapomnianych, pełnokrwistych bohaterów. Anime to powala już od pierwszych scen, a animacja rozpoczynająca film, którą możecie tu zobaczyć, natychmiast przeszła do historii, m.in. dzięki cudownej muzyce Kenji Kawai, powstałej przy współpracy z jednym z najbardziej zjawiskowych reżyserów japońskich w historii kinematografii - Mamoru Oshii. Ten film był jedną z głównych inspiracji dla rodzeństwa Wachowskich do stworzenia niezapomnianego "Matrixa". Nie będę tu nawet dodawał banałów pt. "musicie obejrzeć ten film", bo to nie ma sensu. To tak, jak bym próbował kogoś przekonać, że warto oddychać. Jeśli nie wiecie o czym mówię, to weźcie głęboki oddech, podkręćcie głośniki (dobry subwoofer bardzo wskazany), zgaście światła i... posłuchajcie. Jeśli to Wam się spodoba, a (jakimś cudem) nie znacie tego filmu - to już wiecie, co robić. Log-out.
RECORD OF LODOSS WAR :: KISEKI NO UMI
Ten utwór jest przykładem na to, iż dzieła genialne żyją własnym życiem i nigdy się nie starzeją. Kompozycja "Kiseki no Umi", stworzona przez Yoko Kanno, kompozytorkę absolutnie i bezdyskusyjnie - genialną (kto się wychował na "Macross Plus" i paru innych klasykach, wie o czym mówię), to jeden z najlepszych utworów, użytych w openingach anime w historii tego gatunku. Ciekawostką jest tu fakt, iż samo anime ("Record of Lodoss War", seria TV) jest co najwyżej przeciętne i nie odniosło większego sukcesu. Lecz genialny kawałek stworzony przez Yoko Kanno i zaśpiewany przepięknym głosem znanej japońskiej piosenkarki i seiyuu (Maaya Sakamoto), to absolutna perełka, którą znać warto i wypada. Zresztą, posłuchajcie sami.
AKAI KODAN ZILLION :: WOJOWNICY MARIS
Oto animacja otwierająca do klasycznej już, 31-odcinkowej serii anime z końca lat 80, "Akai Kodan Zillion" (赤い光弾ジリオン), znanej u nas (przynajmniej przez niektórych) jako "Wojownicy Maris" z wydanych dawno temu (jeszcze) na kasecie VHS, pięciu odcinków z tej serii. Anime to wyprodukowało kultowe studio animacji Tatsunoko Production (jeśli nie wiecie dlaczego kultowe, to żałujcie - a do tematu jeszcze wrócimy), którego twórcy po raz wtóry udowodnili, że dobrze opowiedziana, lekka historia w klimatach sf, może przetrwać próbę czasu i nadal doskonale się oglądać. Śliczny głosik, który usłyszycie w piosence otwierającej serię, to Risa Yuuki. Miłego słuchania. I zachęcam do obejrzenia serii.
CANNON D/ROCK: JERRY C
Jerry nie jest Japończykiem. Jest Azjatą, który zasłyną w internecie z tego właśnie prostego klipu. Jerry C zrobił coś niesamowitego - zagrał znany utwór muzyki klasycznej na elektrycznej gitarze i zrobił to w tak niesamowicie elektryzujący sposób, iż porwał miliony. Po tym występie cała sieć zadrżała od naśladowców, ale żaden z nich nie dorównał tej aranżacji. Jest w niej tyle energii i naturalnej siły (głośniki na full!), że aż przechodzą dreszcze po plecach. Jerry został nawet zaproszony do Japonii przez tamtejszych fanów, aby odegrać ten utworek przed żywą publicznością. Swoją drogą, nie wiem czy wiecie, że ten klasyczny utwór ("Pachelbel's Canon" lub też "Canon in D major" - klasyka niemieckiej muzyki barokowej, autor: Johann Pachelbel) jest w Japonii bardzo popularny. Można go usłyszeć wszędzie: w telefonach komórkowych, reklamach, itp. Nic więc dziwnego, iż Jerry C przypadł do gustu Japończykom. I nie tylko im. Miłego słuchania!
DENSHA OTOKO: TWILIGHT (ELECTRIC LIGHT ORCHESTRA)
"Densha Otoko" to jeden z najlepszych filmów o japońskich otaku, jaki kiedykolwiek nakręcono. Może dlatego, iż ten film powstał na podstawie prawdziwych wydarzeń. Twórcy tego serialu mieli chwilę olśnienia, używając do stworzenia openingu, klasycznego już przeboju zespołu Electric Light Orchestra "Twilight" i zlecając przygotowanie animacji rozpoczynającej sławnemu studiu animacji, Gonzo. Z tego połączenia powstało coś niesamowicie klimatycznego i fanowskiego. Jedne z pierwszych ujęć w tym teledysku, to ulice Akihabary, dzielnicy tokijskiej, która w pełni zasługuje na miano "Światowej Stolicy Otaku". Ilekroć widzę ten teledysk, natychmiast przenoszę się na ulice Akihabary, bo twórcom udało się jakimś cudem zaimplementować tu ten sam klimat. Gorąco polecam, zarówno Akihabarę, jak i tę serię. Ale na początek obejrzyjcie opening.
JAPAN: I FEEL LOVE
To dosyć dziwny klip dla postronnego widza. Dziwny, gdyż jest zbyt osobisty, aby był zrozumiały dla kogoś poza mną i bardzo nieliczną garstką osób, które znają mnie na tyle dobrze, aby znać motywy moich działań. Ten prosty klip zrobiłem pewnego wieczoru pod wpływem impulsu - z jednej strony była to wszechogarniająca tęsknota za Japonią, a z drugiej, informacja o śmierci Witka Nowakowskiego, wybitnego znawcy i miłośnika Japonii, który przez lata współpracy ze mną (również przy tworzeniu magazynu "Kawaii"), wywarł również swój wpływ na mnie, jako fana Kraju Kwitnącej Wiśni. Ten klip zrobiłem tak naprawdę dla siebie, aby uporządkować sobie pewne kłębiące się we mnie emocje, a utwór Donny Summer "I Feel Love", wydał mi się do tego celu doskonały. I to chyba tyle. Dziękuję za wyrozumiałość podczas oglądania.
YOSHIDA BROTHERS: RISING
Genialne połączenie nowoczesnej muzyki instrumentalnej oraz dźwięków shamisena, a właściwie - dwóch shamisenów, to właśnie "Yoshida Brothers", genialny duet z Japonii, który potrafi tchnąć rockowego ducha w tradycyjne, japońskie instrumenty. Słuchanie muzyki braci Yoshida, to czysta przyjemność. Przekonajcie się sami!
ACID BLACK CHERRY: 20TH CENTURY BOYS
Jeśli jeszcze nie znacie zespołu j-rockowego "Acid Black Cherry", to ten teledysk jest doskonałą okazją, aby to zmienić. O czym jest ten utwór? Yasu, wokalista zespołu Janne Da Arc, naśmiewa się tutaj ze współczesnych japońskich młodych mężczyzn z wielkich miast, którzy zupełnie zatracili się w świecie mody, stając się bardziej kobiecymi niż niejedna kobieta i zapominając o swojej przyszłości w tzw. "prawdziwym życiu". Cóż, z ideologią zawartą w tej piosence można się zgadzać lub nie, nie ulega jednak wątpliwości, iż zarówno utwór, jak i teledysk, są pierwsza klasa. Brawa dla Yasu.
0 komentarze:
Prześlij komentarz