Kimono i jeansy czyli jak współczesna moda japońska czerpie z przeszłości

11:40:00 MrJedi 1 Comments




Idąc jedną z głównych ulic tokijskiej dzielnicy Shibuya w piękny, słoneczny dzień, dostrzegam grupę młodych kobiet, ubranych w typowym dla tej dzielnicy i ich wieku stylu. Jedna z nich zwraca moją szczególną uwagę. Nie dlatego, że wyróżnia się doborem stroju, makijażu, zachowaniem, czy urodą, bo wszystkie są równie interesujące. – To jest mężczyzna – słyszę wyjaśnienie, patrząc ze zdziwieniem w kierunku wskazywanym przez mojego japońskiego kolegę.

Przebywając nieco dłużej w Japonii szybko dostrzegamy, czym właściwie dla jej mieszkańców jest moda. To już nie tylko sposób na okrycie swojego ciała, lecz przede wszystkim podkreślenie swojej indywidualności: osobistej, zawodowej i kulturowej. Jest to zjawisko, które każdemu przybyszowi z zewnątrz bardzo szybko rzuca się w oczy. Nie mówimy tu zresztą wyłącznie o czasach współczesnych. Podróżnicy odwiedzający ten kraj już przed setkami lat podkreślali niezwykłą barwność tutejszych strojów. To, w co się ubierasz, ma tu wyjątkowe znaczenie; po pierwsze dlatego, że mieszkańcy Kraju Kwitnącej Wiśni, żyjąc w konserwatywnych ramach społecznych, gdzie zwykło się stawiać interes grupy ponad jednostką, odczuwają potrzebę podkreślania swojej indywidualności; po drugie to samo społeczeństwo przykłada wyjątkową wagę do „masek” i pozorów, które są często ważniejsze niż rzeczywisty obraz. Ta filozofia myślenia i bycia, najbardziej wyraziście rzuca się w oczy w bardzo gęsto zaludnionych obszarach takich jak Tokio i znajduje swoje odbicie również w sposobie ubierania się. Ulice tego miasta to szaleństwo stylów i pomysłów, a jego mieszkańcy bawią się modą, nawet tą zwykłą i codzienną. Powoduje to, że stolica Japonii tętni życiem, kolorami i zaskakuje nowymi ideami na każdym kroku. Japończycy uwielbiają inspirować się i przerabiać klasyczne pomysły i w tego rodzaju kreatywności nie mają sobie równych.




On i ona w jednym


Przebieranie się mężczyzn za kobiety, nie jest w japońskim społeczeństwie zjawiskiem nowym. – Robimy to od kilkuset lat, choćby w teatrze kabuki, a mimo to cudzoziemcy nadal się dziwią – mówi mi z uśmiechem jeden z moich japońskich znajomych. – Oczywiście bardziej konserwatywna część japońskiego społeczeństwa, która ceni sobie takie zabiegi w tradycyjnej sztuce, niekoniecznie musi je akceptować w wykonaniu japońskiej młodzieży, ale to już inna historia – dodaje ze śmiechem. Mężczyźni przebierający się za kobiety, to we współczesnej Japonii zjawisko tak powszechne, jak i zróżnicowane, choć nie od razu dla każdego zauważalne. Dla obserwatora z zewnątrz najdziwniejsze w tym wszystkim jest chyba to, że najczęściej nie ma to nic wspólnego z erotyką. Jednym z najlepiej znanych objawów takich „przebieranek” jest cosplay (ang. costume – strój, play – gra), czyli „odgrywanie ról”, polegające na przebieraniu się za ulubione postacie z komiksów, filmów, gier i gwiazd estrady. I bynajmniej nie są to tylko zabawy nastoletniej młodzieży, uskuteczniane w zamkniętym gronie. To zjawisko widać na tokijskich ulicach na każdym niemal kroku, choć oczywiście są miejsca w których występuje ono sporadycznie oraz takie, gdzie zauważa się je znacznie częściej.

No dobrze, cosplay to jedno, ale jak odebrać mężczyznę ubranego tak po prostu w kobiece ciuchy, poruszającego się w środku dnia po ulicach stolicy Japonii? – Choć komentarze bywają różne, to można powiedzieć, że Japończycy nie mają z tym problemu – uśmiecha się mój japoński znajomy. – Generalnie dziwią się tylko turyści, a i to też wyłącznie ci, którzy zetknęli się z tym zjawiskiem po raz pierwszy – wyjaśnia. I faktycznie, pamiętając własne doświadczenia, całkowicie się z nim zgadzam. W kolorowej, japońskiej, zwłaszcza tokijskiej rzeczywistości, gdzie najróżniejsze przebieranki są normą, nikomu nie sprawia problemu, że ktoś może woleć sukienkę zamiast spodni nie zważając na swoją płeć. – Jeśli spojrzeć na to z kulturowego i historycznego punktu widzenia, to w sumie kimonom nie tak daleko do sukienek, a przecież w Japonii noszą je wszyscy, bez względu na płeć – dodaje. – Niektórzy obcokrajowcy myślą, że gdy mężczyzna ubierze się w sukienkę, to z miejsca świadczy to o jego preferencjach seksualnych, nic bardziej mylnego – uśmiecha się. Faktycznie, spacerując ulicami tokijskiej dzielnicy Shibuya rozglądam się wokół, bez problemu odnajdując mężczyzn w różnym wieku, choć głównie młodych, noszących elementy garderoby powszechnie u nas uważane za kobiece: różowe sweterki, damskie torebki, a nawet buty na obcasie, czy też męskie staniki. Dziwne? Ależ skąd, nie tutaj. Japońska swoboda w doborze odzieży jest fascynująca.




Uniformizacja


Nie ma się jednak co łudzić, że w tak sztywnych strukturach społecznych jak japońskie, dowolność w doborze stroju nie ma żadnych granic. Mundurki są tu bowiem wszechobecne: w szkołach, firmach i we wszelkiego rodzaju instytucjach. – W Japonii to w co się ubierasz określa twój status społeczny, a to jest bardzo istotna kwestia dla każdego Japończyka – wyjaśnia mi znajoma Japonka. Mimo to, nawet w temacie tak pozornie nudnym jak mundurki, Japończycy wykazali się niezwykłą kreatywnością. Japońskie uniformy bowiem nie są jednolite i nudne, a każda szanująca się firma lub szkoła dokłada wszelkich starań, aby ich stroje były eleganckie i oryginalne. – Istnieją oczywiście pewne ogólne schematy i tak na przykład uniformy pracowników linii lotniczych będą do siebie podobne, jednak nadal dba się o to, aby były oryginalne i modne – wyjaśnia mi moja japońska znajoma, pokazując katalogi mody z uniformami dla różnych grup docelowych. – Nie wszystkie szkoły w Japonii również wymagają jednolitego umundurowania, pozostawiając młodzieży spore pole do popisu, na co natychmiast zareagował rynek – pokazuje mi opasły katalog mundurków szkolnych, przeznaczonych dla uczniów gimnazjów i szkół średnich. Mimo, że mundurki składają się w sumie z tych samych elementów, ich różnorodność oszałamia.





Kimono i jeansy


Japończycy uwielbiają kopiować i przerabiać cudze pomysły, jednak nie byliby sobą, gdyby nie sięgali również do rodzimego wzornictwa. Podczas gdy u nas tradycyjne stroje, kroje i wzory już dawno odeszły w zapomnienie, Japończycy bawią się nimi na wszystkie możliwe sposoby. I nie ogranicza się to bynajmniej do okazjonalnego noszenia kimon. W tym kraju nawet stroje młodzieżowe kipią od tradycyjnych wzorów. – Rozejrzyj się wokoło – zachęca mój japoński przewodnik po modzie i trendach, gdy zagłębiamy się w sławnym tokijskim targu Ameyayokocho w klasycznej dzielnicy Ueno. – Spójrz jak wiele młodzieżowych ciuchów powstało z inspiracji japońskim kimonem: dżinsy, czapki z daszkiem, buty sportowe, kurtki, wszędzie można dostrzec tradycyjne japońskie wzory znane z klasycznych kimon i drzeworytów – mówi, wskazując ręką na rozlokowane wokół stoiska. Faktycznie, wybór mody pełnej klasycznych inspiracji jest tu wyraźnie zauważalny. Przeciętny japoński klient może wybierać w tak dużym asortymencie, że chwilami zastanawiam się, jak mieszkańcy Kraju Kwitnącej Wiśni odnajdują się w takim zalewie kreatywności. Ale oni na tym nie poprzestają.



Kimono i gadżety


Zatapiając się w oceanie japońskiej elektroniki w tokijskiej dzielnicy Akihabara, wpadamy na całą rzeszę gadżetów i osprzętu inspirowanego tradycyjnymi wzorami: aplikacje na telefony, tablety i komputery, wszelkiego rodzaju futerały i stylowe edycje sprzętu elektronicznego. Zwłaszcza wszelkiego rodzaju telefony komórkowe stały się obiektem swoistych przebieranek. – Spójrz, to całe działy w sklepach z gadżetami, poświęcone wyłącznie ozdobom na telefony – pokazuje mi mój japoński znajomy. Fakt, roi się tu od najróżniejszych plastikowych naklejek, które pozwalają przemienić swój zwykły smartfon w niezwykłe dzieło sztuki. A co znamienne, dominują tu przede wszystkim wzory tradycyjne, przywodzące na myśl kimona, malowidła ścienne, czy też drzeworyty. Tradycja i popkultura podały sobie dłonie.



Kimono i dłonie


Dłonie Japończyków również stały się swoistym łącznikiem pomiędzy ludzkim ciałem i technologią, bowiem podobnie jak używane na co dzień gadżety, również one stają się często obiektami poddawanymi równie fantazyjnym zdobniczym zabiegom. Młodzi tokijczycy z niezwykłą łatwością ozdabiają swoje palce i paznokcie, powodując że w pewien sposób ich dłonie wizualnie stają się częścią przedmiotów, których na co dzień używają. Tutaj również bardzo często motywami zdobniczymi są tradycyjne, japońskie wzory.  – Wszyscy twoi rówieśnicy tak bogato ozdabiają swoje paznokcie? – pytam jednej z japońskich nastolatek, patrząc jak przymierza kolejne naklejane dodatki. – Jasne, głównie moje rówieśniczki, ale na przykład moja mama też bardzo je lubi – dodaje i obie z koleżanką zachwycają się obserwując swojego kolegę, który umieszcza główkę chińskiego smoka na jednym ze swoich paznokci. To nawet pasuje do jego baseballówki przyozdobionej takim samym motywem. Tradycyjna Japonia jest tu wszędzie.


Kimono i kimono


Jednym z najbardziej niesamowitych przykładów adaptacji tradycyjnego wzornictwa we współczesnej modzie japońskiej, są oczywiście kimona. Te niezwykle piękne w swej prostocie twory tutejszych mistrzów, stały się również podstawą do stworzenia zupełnie nowych projektów, bazujących na tym podstawowym wzorze. Dzisiaj japońskie kimono robi furorę w najróżniejszych wariacjach, od damskich bluzek, po bajeczne kreacje w klimatach fantasy. Te ostatnie oczywiście znajdują swoje odbicie w modzie ulicznej, zwłaszcza w młodzieżowej dzielnicy Harajuku w Tokio, gdzie na popularnym moście Jingu w prawie każde niedzielne popołudnie, zbierają się młodzi ludzie, aby zaprezentować swoje niezwykłe stroje. A zatem, mimo że na japońskich ulicach coraz rzadziej można dostrzec tradycyjne japońskie kimona, to jednak ich duch przetrwał, przeniknął do współczesnej mody.

1 komentarze:

MrJedi: Moc popkulturowych roz[g]rywek :: Pyrkon 2014

16:08:00 MrJedi 0 Comments


Nasze pierwsze spotkanie na poznańskim Pyrkonie mamy za sobą. Atmosfera była wspaniała, padło wiele ciekawych pytań oraz niekiedy nieco szalonych odpowiedzi. A mam nadzieję, że to dopiero początek i będziemy mieć jeszcze niejedną okazję do wspólnego spędzenia wielu miłych chwil na kolejnych edycjach tej coraz popularniejszej imprezy. Dziękuję gorąco za szczere zaangażowanie zarówno organizatorom jak i wszystkim uczestnikom, byliście naprawdę wspaniali. Poniżej znajdziecie nagrane fragmenty naszego spotkania. Niech pozytywna Moc będzie z Wami! ^__^

0 komentarze:

Polak w krainie samurajów czyli o tradycyjnej Japonii ukrytej wśród drapaczy chmur

14:56:00 MrJedi 0 Comments

Przez stylowe, drewniane okienko, wpada do pomieszczenia smuga światła, grając na błyszczącej powierzchni parującej w stylowych kubeczkach, zielonej herbaty. Wyłożone drewnem pomieszczenie przywodzi na myśl tradycyjne, wiejskie domy. Dwie młode kobiety z obsługi herbaciarni, ubrane w wiązane fartuszki, krzątają się niczym po domowej kuchni, obsługując kolejnych klientów. Cóż za sielska atmosfera, cisza i spokój. Biorę łyk doskonałej herbaty i spoglądam przez okno. Mój wzrok zatrzymuje się na błyszczących fasadach tokijskich wieżowców.





W większości filmów i programów podróżniczych, Tokio ukazywane jest z perspektywy ruchliwych centrów i zatłoczonych ulic. Owszem, takie Tokio również istnieje, ale znacznie więcej jest tu cichych, pustych uliczek, parków, ogrodów i innych kameralnych zakątków o których się zazwyczaj zapomina, mówiąc o tej potężnej metropolii. A to właśnie one nadają jej prawdziwego charakteru. To zadziwiające, jak szybko można zmienić tu otoczenie, przenosząc się z miejskiego zgiełku do krainy ciszy, Japonii jakiej nie spodziewamy się odnaleźć w wielkim mieście. Najczęściej wystarczy po prostu skręcić w którąkolwiek z bocznych uliczek, aby po kilku chwilach przenieść się w zupełnie inny świat. Przeszukiwanie takich zakamarków Tokio to wspaniała przygoda i jedno z moich ulubionych zajęć za każdym razem, gdy tu jestem.

Łyk minionych dni


Oto po raz kolejny skręcam w jedną z nieznanych mi uliczek, licząc na to, że trafię na coś ciekawego. Długo czekać nie muszę, bo gdy tylko za moimi plecami cichnie warkot samochodowych silników w jednej z kolejnych odnóg nastrojowej uliczki trafiam na mały sklepik z herbatą. Stary budynek ma już za sobą lepsze czasy, ale nadal wygląda solidnie. Moją uwagę zwraca stary szyld wiszący nad drzwiami, który na oko może mieć już kilkadziesiąt lat. Moje przypuszczenia się potwierdzają, gdy wchodzę do środka. Takiego widoku się nie spodziewałem. Na drewnianych półkach starego regału, z rzadka poustawiano malutkie puszeczki z mieloną, zieloną herbatą. Właściwie niczego więcej oprócz tych kilkunastu puszek tu nie ma. Stara, drewniana lada, mały stolik z dwoma krzesłami, słabo oświetlone pomieszczenie o powierzchni kilkunastu metrów kwadratowych. Mój wzrok zatrzymuje się na uśmiechniętym, wiekowym spojrzeniu opierającej się o ladę osoby. Staruszka z nieco zmierzwionymi, przewiązanymi chustą siwymi włosami, ubrana w prostą bawełnianą sukienkę przyozdobioną tradycyjnymi wzorami, wita mnie z radosnym uśmiechem. – Witam serdecznie i zapraszam! – jej twarz promienieje. Rozglądam się wokół, nie do końca będąc pewnym, czy trafiłem do sklepu, czy też do jakiegoś skansenu.  – Mam bardzo dobrą herbatę – informuje mnie staruszka śliczną angielszczyzną, a ja tymczasem z trudem zamykam otwartą ze zdziwienia szczękę. – Dziękuję, właśnie na to liczyłem – mówię z uśmiechem, podchodząc do blatu lady. Teraz dopiero widzę, jak wiele dłoni i puszek z herbatą musiało się po nim przesunąć. Grube drewno straciło w niektórych miejscach kilka warstw, poznikały też w większości proste kiedyś krawędzie, zastąpione nieregularnymi zaokrągleniami. Spoglądam z uśmiechem na staruszkę, która nieśpiesznie odpycha się od lady, aby sięgnąć po kilka puszek za jej plecami. Po chwili na blacie stają trzy malutkie pojemniczki, na pierwszy rzut oka identyczne, ale tylko pozornie. Staruszka wskazuje palcem kolejno każdy z nich i wyjaśnia, na czym polega różnica. Wszystkie pochodzą od jednego producenta, ale zawartość każdego to osobna opowieść. Gdy po dwudziestu minutach nasza rozmowa nadal rozgrzewa się w najlepsze, nagle do mnie dociera, że tak naprawdę wcale nie trafiłem do sklepu z herbatą. To miejsce to sposób na życie, jak się okazało, jego właścicielki. Na tych pułkach mogłoby stać cokolwiek innego albo też kompletnie nic. To nie te puszki były tu towarem, lecz historia i bezcenny kontakt z drugą osobą. Wiekowa właścicielka sklepiku z dziecinną łatwością przeskakiwała pomiędzy różnymi wspomnieniami i całymi dziesięcioleciami powodując, że ja również z lekkością dzieliłem się z nią swoimi historiami, które zapewne potem staną się częścią innych opowieści, gdy zajrzy tu kolejny klient. I o to w tym właśnie chodziło. Gdy wyszedłem na zewnątrz, naszło mnie dziwne wrażenie, że to, co przed chwilą się stało, wcale nie miało miejsca. Ściskając w ręce małą puszeczkę sproszkowanej herbaty, zagubiłem się w kolejnym labiryncie uliczek. Nie potrafiłbym raz jeszcze odnaleźć tego miejsca. Ale ono gdzieś tam jest, zagubione w przestrzeni i czasie wraz z jego właścicielką, pochodzącą z zupełnie innej rzeczywistości.

Targowisko przeszłości


Opowieści o powojennej Japonii pochłonęły mnie bez reszty. Staruszka obdarzyła mnie historiami, które spowodowały, że patrzyłem na mijane ulice i budynki w zupełnie inny sposób. Dzisiejsze zalane betonem Tokio już nie przypomina tego drewnianego jeszcze sprzed pół wieku, choć istnieją miejsca, które zachowały klimat z tamtych lat i nie trzeba być wytrawnym podróżnikiem, aby je odnaleźć. Wychodzę z labiryntu podziemnych korytarzy tokijskiego metra, aby wynurzyć się w jednej z najbardziej swojskich dzielnic Tokio, Ueno. Ta niegdyś robotnicza dzielnica nadal zachowała swój przyziemny urok, zaprzeczając popularnemu wizerunkowi tej metropolii, pełnego drapaczy chmur i błyszczącego szkła. To jeden z najtańszych obszarów Tokio, można tu tanio zjeść, tanio przenocować i tanio wynająć mieszkanie. Można też obcować z historią w znanym parku i w wielu znajdujących się tu muzeach. Mnie jednak zainteresował szeroki pas niskich budynków, wciśniętych za stacją kolejową. To miejsce zwie się Ameyayokocho (czyt. amejajokocio) i jest chyba najpopularniejszym targiem w stolicy. Mieści się tu kilkaset stoisk, od tych z owocami morza począwszy, a na tych z garderobą skończywszy. Panujący tu handlowy zgiełk wciąga i pochłania. Przepływający alejami tłum, ściśnięty z obu stron stoiskami i sklepami, porywa nas niczym morski prąd. Gdy raz tu wejdziesz, musisz się mu poddać. Nietrudno uwierzyć, że zaraz po drugiej wojnie światowej to miejsce było jednym z ośrodków kontrolowanego przez jakuzę czarnorynkowego handlu. Ameyayokocho tłumaczone jest zazwyczaj jako „Aleja z cukierkami”, ale ci którzy pamiętają starsze dzieje tego miejsca człon „ame” kojarzą z Ameryką, jak tu zwykło się nazywać USA, gdy przemycane towary z powojennych dostaw wojskowych, trafiały często w takie właśnie miejsca. Zdewastowana wojną gospodarka Japonii nie była w stanie normalnie funkcjonować, wszelkie towary importowane były zatem niezwykle cenne. Tutejsi sprzedawcy, zwłaszcza ci handlujący żywnością, nadal zachowali ducha przeszłości, przekrzykując się nawzajem bez końca, aby zareklamować atrakcyjne ceny oferowanych produktów. Faktycznie, jest to jedno z miejsc w Tokio, gdzie można zrobić naprawdę tanie zakupy. A do tego, co nie jest normalne w Japonii, można się targować. Ja najbardziej lubię to miejsce poza godzinami szczytu, gdy tłum nie jest zbyt gęsty i pozwala zatopić się w tym miejscu jeszcze głębiej. Od czasu do czasu pomiędzy długimi alejami można znaleźć przesmyki, którymi szybko przeskakujemy do innych obszarów targu. Są tu stoiska serwujące gotowe dania, tanie bary wydające się nie zmieniać od pięćdziesięciu lat, sklepy z odzieżą młodzieżową i tradycyjną, garnitury, koszule, krawaty, obuwie, torby, biżuteria, herbata, kosmetyki, przyprawy i salon gier pełen sławnych japońskich automatów. Kręcą się tu zarówno panie domu, zagarniturowani pracownicy japońskich korporacji, jak i japońska młodzież oraz turyści. Jest tu również wciśnięta pomiędzy bary z gorącymi posiłkami, a przejeżdżającymi nad głowami pociągami, niewielka świątynka. To miejsce jest uniwersalne i ma swoją własną duszę, bo tworzą je ludzie, którzy nie zapomnieli o przeszłości.

 Święty spokój zen


Szur, szur, szur – znajomy dźwięk dobiega zza ściany jednego ze strzelistych budynków. Wiedziony ciekawością znowu skręcam, aby po chwili zatrzymać się przy wejściu do niewielkiej świątynki. Stoi tu tak po prostu, pomiędzy wielkimi biurowcami. Skupiony na swej pracy mnich z pełną koncentracją spokojnie powtarza te same ruchy, zmiatając opadające płatki kwiatów wiśni z poprzerastanych drobniutką trawą kamiennych płyt. Cel wydaje się oczywisty: porządek. Ale nie ten na ziemi, lecz ten wyżej, ten kosmiczny, kryjący się w głowie i sercu. Każda czynność może być medytacją i prowadzić do zrównoważenia kotłujących się w nas przeciwstawnych sił. To przecież subtelna równowaga rządzi wszechświatem, a my jesteśmy jego częścią. Japończycy zdają się to rozumieć intuicyjnie, nawet jeśli nie są kapłanami. Widoczne jest to we wszystkim, co robią. Mimo wszechobecnego zalewu betonu i technologii, nadal zdają się być ludźmi bardzo naturalnymi i prostymi, ludźmi którzy nie stracili kontaktu z naturą i swoimi korzeniami. Mimo tego całego technologicznego blichtru, oni nadal zdają się bardziej cieszyć kwiatami kwitnącej wiśni, niż najnowszymi nowinkami technologicznymi. Mijam świątynkę i podążam dalej w głąb, aby trafić na niewielki bar z wysłużoną, drewnianą witryną, w którym serwuje się tradycyjny, wyrabiany ręcznie makaron. Jaki mamy rok? Pojęcia nie mam. Po wejściu do tego miejsca jestem w stanie uwierzyć, że znajduję się w przedwojennej Japonii. Makarony w Japonii to niezwykłe doświadczenie kulinarne dla kogoś, kto dotąd nie miał okazji doświadczyć, jak wyrafinowane może być to proste z natury danie. Jednak do takich miejsc przychodzi się po coś zupełnie innego. Tutaj kosztuje się ulotnych wrażeń, które jakimś cudem utknęły tu w bańce czasowej, utrzymywanej przez ludzi, którzy tylko z pozoru sprzedają makaron. Makaron, herbata, czy cokolwiek innego, to nie ma znaczenia. Ja tu dostrzegam coś zupełnie innego, bardziej ulotnego. Ale i wyśmienitym makaronem nie gardzę.

 Pamiętaj o ulotności


Powoli zapada zmrok rozświetlany kolorowymi lampionami, gdy przybywam do jednego z wielu tokijskich parków. Jest wiosna, kwitną kwiaty wiśni. Oto czas, gdy wszyscy zwalniają i siadają pod drzewami obsypanymi lśniącym, delikatnym kwieciem. Mimo, że powierzchnia parków w stolicy Japonii jest olbrzymia, to jednak przy tak gigantycznej liczbie mieszkańców, trudno jest znaleźć wolną przestrzeń. Na szczęście ja jestem umówiony z grupą przyjaciół, którzy dobrze wiedzą, jak zorganizować sobie miejsce na jednym z trawników. I tak oto ląduję pomiędzy kulinarnymi wspaniałościami i napojami, aby po raz wtóry zajrzeć w duszę innych. Hanami, czyli święto kwitnienia wiśni, to w Japonii święto narodowe. Nic tak doskonale nie odzwierciedla duszy Japończyka, jak alegoria do ulotnego i krótkotrwałego piękna kwiatu wiśni, symbolizującego ulotność i przemijalność życia. Ta Japonia bez przerwy tu jest, gdziekolwiek by się nie obejrzeć, nawet w gąszczu strzelistych wieżowców. Rozmowy i śmiechy wokół falują niczym ocean w miarę jak zapada coraz większy mrok. Różowo-błękitne lampiony wisząc aż pod koronami drzew, rzucają rozproszone światło na płatki wiśni i nieco słabsze na zalegający poniżej tłum. Wznosimy wraz z przyjaciółmi kolejny toast japońskim piwem w asyście tradycyjnych przysmaków. I o to właśnie chodzi, aby w tym bezimiennym tłumie wielkiej metropolii, odnaleźć drugiego człowieka.

0 komentarze:

Konwent LOVE 5

00:19:00 MrJedi 0 Comments


Jak zwykle fantastycznie było ujrzeć Was na konwencie Love. Choć nasze spotkanie było niepewne do ostatniej chwili i odbyło się poza oficjalnym programem i we wczesnych godzinach porannych, frekwencja dopisała. Dziękuję Wam bardzo za udział i za ogólne zainteresowanie i jak zawsze gorąco zapraszam na kolejne panele z serii "Japonia oczami fana". Poniżej znajdziecie króciutkie filmowe sprawozdanie z naszego spotkania. Do zobaczenia i miłego oglądania.

0 komentarze:

JOF03 :: 20 :: Surfowanie z Wielkim Buddą

10:44:00 MrJedi 0 Comments


Oto ciąg dalszy naszej wyprawy do Kamakura, miejscowości przesiąkniętej historią i klimatem tradycyjnej Japonii. Byliśmy tu już z naszą kamerą nie raz i zapewne jeszcze nie raz powrócimy, bowiem nie da się tak bogatego w atrakcje miejsca poznać w kilka dni. Zaletą Kamakury jest również to, że znajduje się bardzo blisko Tokio (około dwie godziny jazdy zwykłym pociągiem podmiejskim), dlatego goszcząc w stolicy Japonii, warto pamiętać o Kamakurze. Zwłaszcza jeśli jesteście zainteresowani bardziej tradycyjną stroną Japonii.


Jednak ta część naszej wycieczki do Kamakura udowadnia raczej, że ta niezwykła miejscowość to nie tylko świątynie i ogrody, ale również popularny wśród turystów kurort, stąd właśnie migawki z surfującymi miejscowymi miłośnikami tego sportu. Niestety nie wszystko udało nam się zarejestrować na kamerze, ale uwierzcie nam na słowo, że Kamakura ma naprawdę sporo do zaoferowania. Zresztą, nie musicie wierzyć nam na słowo, bo na pewno tu jeszcze wrócimy.

 
 
 

Nasz filmik nie jest dokładnym zapisem naszej wyprawy, a raczej luźną impresją, mającą za zadanie przekazać panujący tu, fantastyczny klimat. Sporo ujęć zostało zrealizowanych na urokliwych kolejowych stacyjkach i w kursujących tu pociągach, które w porównaniu z tymi tokijskimi, emanują o wiele bardziej kameralnym klimatem. Podróż po Kamakurze dostarczyła nam wiele frajdy i mam nadzieję, że nasze filmowe sprawozdanie dostarczy jej również i wam. Miłego oglądania.



Jeśli zainteresowała cię Kamakura, zachęcamy również do obejrzenia innych naszych filmów, zrealizowanych właśnie w tym miejscu:

JOF02 :: 15 :: Konno w Kamakura
JOF02 :: 19 :: Naturalne parkowanie
JOF03 :: 19 :: Kompleks świątynny Engaku-ji

0 komentarze: