JOF02 :: 10 :: Kyoto ni Yokoso!

23:08:00 MrJedi 9 Comments

Shinkansen to niesamowity środek transportu naziemnego. Dla Polaka przyzwyczajonego do wyrafinowanej jakości PKP, to jak objawienie. Odkrycie, że podróż pociągiem może być naprawdę przyjemna: szybka, wygodna, miła - cywilizowana w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Tylko dlaczego musimy jechać po takie wrażenia aż do Japonii?

Pewnego dnia wsiedliśmy na tokijskiej stacji do jednego z tych legendarnych pociągów i wyruszyliśmy na wyprawę do niekwestionowanego centrum kulturalnego Japonii - Kyoto. Miasto to jest jednym z obowiązkowych punktów wycieczki do Japonii. Jest klasą samą w sobie. Nie jest tak różnorodne i żywe jak Tokyo, ale wcale takie być nie musi, bo oferuje nam coś zupełnie innego - namacalną historię. To zupełnie inna płaszczyzna doznań. Choć równie japońska jak ta tokijska. Japonia niejedno ma imię.


Kyoto na pierwszy rzut oka może wydać się zwyczajne, ale wystarczy chwilę tu pomieszkać, poczytać o tym miejscu, posłuchać mieszkających tu ludzi, pochodzić tutejszymi uliczkami, aby przekonać się, że w tym miejscu żyje duch przeszłości, który wciąż odciska silne piętno na dniu dzisiejszym. To jest właśnie magia tego miejsca. Trzeba ją tylko poczuć, a nie jest to zbyt trudne.



A zatem, niniejszym przybyliśmy do Kyoto. Miejsce to przypadło nam do gustu od pierwszych chwil. Na pewno będziemy tu wracać. Niniejszy film przedstawia urywki naszych pierwszych wrażeń, powstałych w zetknięciu z tym niezwykłym miejscem. W kolejnych odcinkach przyjdzie kolej na konkrety: warowne mury zamku, świątynię, gejsze (geiko). Wszystko przed nami.

9 komentarze:

JOF02 :: 09 :: Tokyo Miau Miau

13:29:00 MrJedi 4 Comments


Tokyo to niezwykle różnorodne i dynamiczne miejsce. Poruszając się po nim, praktycznie bez przerwy otoczeni jesteśmy niezwykłymi i pobudzającymi wyobraźnię tworami: ciekawymi ludźmi, sytuacjami, miejscami, przedmiotami i bliżej niesprecyzowanymi zjawiskami. Mój umysł, wciąż poszukujący ciekawych impulsów i próbujący zrozumieć naturę otaczającego go świata, czuje się w tym miejscu jak ryba w wodzie. Lub raczej - jak ozdobny karp w sake. I choć Tokyo - jak każda wielka metropolia - na dłuższą metę potrafi przemęczyć nasze zmysły, to jednak raz doświadczywszy tego miejsca, już zawsze tu wracamy.

Poruszając się po tokijskiej rzeczywistości, zawsze staram się jak najwięcej z niej uczknąć - zapisać, nagrać, utrwalić, zabrać ze sobą, zapamiętać. Niniejsza, radosna impresja filmowa, jest (już tradycyjnie) kolejną próbą pokazania kolorowej i dynamicznej różnorodności tego miasta. Tak je widzę. Takim je zapamiętuję. I choć troszeczkę z tego ogromu staram się przekazać w swoich filmowych puzzlach.

Zwierzęta w Tokyo, to zupełnie osobna opowieść. Te również są tam wyjątkowe. Inne. Japońskie. Nie wiem jakim cudem Japończykom udało się zminiaturyzować psy, jednocześnie zachowując ich wysoką inteligencję. Bo japońskie psy, sprzedawane w tamtejszych sklepach zoologicznych, są niesamowite. Od razu przepraszam wszystkich miłośników kotów - nie jestem miłośnikiem tych samolubnych kreatur i nie będę się tu nad nimi rozwodził. Aczkolwiek, przyznaję, że japońskie koty robią na mnie zupełnie inne wrażenie. Wracając jednak do psów - w życiu nie widziałem tak posłusznych, dobrze wytrenowanych, znających swoje miejsce i łatwych w tresurze i obsłudze psiaków. Mówię oczywiście o ogóle. Psy w Tokyo, to ekskluzywne, kosztowne gadżety i tak właśnie są traktowane - są luksusowe, więc muszą trzymać najwyższą jakość. A najwyższa jakość w Tokyo, to najwyższa jakość w ogóle. Takie są tutejsze oczekiwania i poziom konsumenckiego rozpasania.



Witajcie zatem w zatłoczonym i bajecznie różnorodnym mieście, pełnym wszelkich żyjących stworzeń i możliwych oraz niemożliwych do realizacji komercyjnych idei. To właśnie tu, płynąc z falą miejskiego tłumu, możemy nosić w podręcznej torbie kudłate stworzonko warte miesięczną pensję (bez wyposażenia!) i zagryzając burgera z krewetek, podziwiać w szybie wystawy sklepu ze zdjęciami japońskich idoli muzyki rockowej, swoją nową gotycką sukienkę z koronkami. Tak, nawet gdy jesteś mężczyzną. Witajcie w Tokyo, japońskie kociaki. Mrau.

4 komentarze:

Japonia po katastrofie 2011: medialna bzdura

08:05:00 MrJedi 11 Comments


Wiadomość o wielkim trzęsieniu ziemi oraz tsunami, które w marcu 2011 nagle i z wielką siłą uderzyły w Japonię, przyjęliśmy z drżeniem serc. Trzymając w rękach zakupione zaledwie kilka tygodni wcześniej bilety lotnicze i śledząc nadawane na bieżąco newsy w światowych serwisach informacyjnych, zastanawialiśmy się gorączkowo, jak bardzo ucierpi Kraj Kwitnącej Wiśni oraz jakie będzie to miało konsekwencje dla ludzi takich jak my. Dla gajdzinów - fascynatów, którzy wyjątkowo go sobie upodobali i poświęcają mnóstwo czasu i energii, aby po nim podróżować i poznawać jak najgłębiej. Być może w świetle wydarzeń jakie zaszły, wyda się wam to trywialnym i zbędnym zmartwieniem, jednak jak się wkrótce mieliśmy przekonać, było (i jest) ono ważniejsze, niż się wszystkim wydawało.

Naszym głównym celem jak zwykle było Tokyo, które zawsze traktujemy jako "bazę wypadową", centralny punkt, z którego planujemy wszystkie kolejne działania, mające na celu spenetrowanie kraju wzdłuż i wszerz. Na dzień dobry zatem wszystkie plany wyjazdów do północnej części Japonii musieliśmy odłożyć na półkę, gdyż nie byliśmy przygotowani na podróż w strefę klęski żywiołowej. To jednak nie był koniec naszych zmartwień. Serwisy informacyjne bowiem szalały, dostarczając szokujących informacji o Tokyo, krzycząc o niedziałającej komunikacji miejskiej, odcinanych dostawach prądu, pustych półkach sklepowych, wstrząsach wtórnych, napromieniowaniu i panice ludności. Wszystkie te niusy przyjmowaliśmy z rosnącym przygnębieniem, gdyż współczuliśmy ofiarom, boleliśmy nad zniszczeniami i nie wiedzieliśmy, co w tej sytuacji robić.

Wraz z upływem kolejnych dni od katastrofy, uświadamialiśmy sobie, że w całej tej sprawie coś nie gra. Oczywiste było, że gdy tylko rozpętała się burza medialna w TV (głównie za sprawą CNN), sięgnęliśmy do internetu, aby znaleźć jak najwięcej szczegółowych informacji, pozwalających nam jak najdokładniej ocenić sytuację. I tutaj pojawił się zgrzyt, który w krótkim czasie zamienił się w dokuczliwy i bolesny jazgot. Obraz Japonii po katastrofie, który rysowały przed nami światowe media, miał się nijak do tego, jaki przedstawiali nam ludzie, mieszkający w tym kraju i obserwujący całą sytuację od środka. To odkrycie było o wiele bardziej frustrujące, niż wiadomość o trzęsieniu ziemi i tsunami, bowiem w przeciwieństwie do naturalnego kataklizmu, działania mass mediów były w pełni wyrachowanym tworem ludzkim, który zamiast wspierać i pomagać, z premedytacją siał popłoch i dezinformację w imię podniesienia oglądalności. Aż trudno uwierzyć jak cyniczne i nastawione wyłącznie na tworzenie sztucznych afer potrafią być media. To ostatecznie przesądziło o naszej decyzji. Błyskawicznie spakowaliśmy walizki i wyruszyliśmy w kolejną podróż do Japonii. To, co zastaliśmy na miejscu, nie pozostawiało żadnych wątpliwości...



Tokyo przywitało nas wilgotną i parną atmosferą oraz bardzo ciepłym przyjęciem pracowników lotniska, którzy na każdym kroku starali się być niezwykle uprzejmi, zasypując nas uśmiechami, uprzejmymi uwagami, a nawet drobnymi prezentami. Nie zrozumcie mnie źle, uprzejmość mieszkańców Japonii, zwłaszcza w tego typu miejscach, jest czymś powszechnym i oczywistym. Jednak tym razem w tej uprzejmości było coś jeszcze. Coś, czego dotąd nie doświadczyliśmy w takiej skali i w takim wymiarze. Poza tym w oczy uderzyło nas coś jeszcze - prawie kompletny brak na międzynarodowym lotnisku Narita zazwyczaj licznie występujących tu obcokrajowców z zachodniej części świata. Powoli zaczęliśmy uświadamiać sobie, co się dzieje, choć zmęczenie wielogodzinną podróżą oraz dokuczliwy jetlag, znacznie spowalniały nasze procesy myślowe.

Ruszyliśmy w drogę do naszej kwatery, umiejscowionej w jednej z tokijskich dzielnic. Z mgły zmęczenia, spowijającej naszą podróż, zaczynały powoli wyłaniać się dobrze znane nam obrazy stolicy Japonii w których staraliśmy się dostrzec zamglonym wzrokiem, ślady po katastrofie, tak spektakularnie prezentowane w mediach. Jednak jak na razie jedynym objawem jakiejkolwiek dysharmonii wydawał się być siedzący naprzeciwko nas elegancko ubrany starszy pan wraz z równie dystyngowaną małżonką, który popijając jeden z popularnych w Japonii napojów gazowanych, co jakiś czas przerywał panującą w wagonie tokijskiej kolei naziemnej JR rutynową miejską ciszę, niezwykle głośno pozbywając się ze swego żołądka właśnie połkniętej porcji gazu, co przypominało niezwykły mix bolesnych beknięć, pełnych cierpienia jęknięć zarzynanej właśnie ofiary oraz odgłosu bliżej niesprecyzowanego wycia dawno wymarłego drapieżnika. Co dziwniejsze, siedząca obok dostojna małżonka, podobnie zresztą jak pozostali pasażerowie, w ogóle nie dostrzegała tej - jak nam się zdawało - anomalii. Czyżby był to jeden z efektów spożycia napromieniowanej wody? - przemknęło mi przez zmęczony umysł.

Mimo deszczowej pogody, natychmiast po pozbyciu się walizek, ruszyliśmy w miasto. Och, Tokyo - potrafi zachwycić bez względu na pogodę. Jeszcze tego samego dnia przekonaliśmy się, iż docierające do stolicy Japonii wstrząsy wtórne, są jak najbardziej realne, choć pierwszy z nich dopadł nas w tak nieoczekiwanym momencie i był tak, hmm... subtelny, iż najzwyczajniej w świecie go nie zauważyliśmy, myśląc że to nasze zmęczone ciała, sponiewierane długą podróżą, słaniają się na nogach. Dopiero wieczorna sesja internetowa dostarczyła nam szczegółowych danych o zasięgu, sile i czasie trwania owego zjawiska. Wszystko się zgadzało - zaliczyliśmy pierwsze "bujanie" na parę godzin po lądowaniu. Bułka z masłem. Uradowani myślą, że tak łatwo można przebrnąć przez trzęsienie ziemi, ułożyliśmy się do snu. Jakąś godzinę po tym fakcie nasz mieszczący się na siódmym piętrze pokój zamienił się w rozbujany wagonik kolejki górskiej. To było jedno z najbardziej nieprzyjemnych przebudzeń w moim życiu. Ten wstrząs był o wiele silniejszy od poprzedniego. Nagle do mnie dotarło, że to już nie są żarty i że jesteśmy w samym środku czegoś, co dotąd oglądaliśmy tylko na ekranach monitorów. Nie powiem, aby ta myśl zadziałała tej nocy pozytywnie na nasz długo wyczekiwany po męczącej podróży nocny spoczynek. Inna sprawa, że przynajmniej ta część podawanych przez mass media informacji, była zgodna z prawdą. Faktycznie, przez kolejne dni mieliśmy się przekonać, iż liczba wstrząsów wtórnych, serwowana nam przez matkę naturę, stanowczo przekracza średnią. Co znamienne - wszystkie były niegroźne, nawet te względnie silne. Japońskie budynki są pod tym względem niesamowite.

No właśnie. Z zadziwieniem odkryliśmy, że licznie pojawiające się zarówno wcześniej, jak i później, wstrząsy wtórne, nie robiły większego wrażenia ani na Tokijczykach, ani na tutejszych budowlach. Mówiąc w skrócie, poza sporadycznymi i miejscowymi (zazwyczaj parominutowymi) wstrzymaniami kursowania niektórych linii tokijskich kolei, wstrząsy wtórne nie miały żadnego realnego wpływu na mieszkańców i funkcjonowanie miasta. Pokrzepieni tą nowo nabytą, pozytywną informacją, ruszyliśmy w głąb tej gigantycznej metropolii, aby odkryć inne objawy ogólnokrajowego kryzysu o którym tak obficie informowały nas media. Cały czas rozglądaliśmy się za tymi ogarniętymi paniką tokijskimi tłumami i pustymi półkami w sklepach. Dziwnym trafem, zjawiska te jakoś umykały naszym oczom.




Japońskie jedzenie jest absolutnie fantastyczne, co już wielokrotnie podkreślałem i zapewne jeszcze nie raz podkreślę na tym blogu. Od samego więc początku, jak zwykle, z dziką rozkoszą penetrowaliśmy wszelkie konbini, sklepy spożywcze, kawiarnie, cukiernie, izakaje, fast foody, bary i restauracje. Jakże miło byliśmy zaskoczeni, gdy zamiast pustych półek i zamkniętych drzwi, odnajdowaliśmy w pełni zaopatrzone i działające pełną parą sklepy i wszelkiego rodzaju punkty gastronomiczne. Właściciele i sprzedawcy na zadawane przez nas pytania o problemach z dostawami, napromieniowaną wodą i innych "strasznych informacjach" napływających ze światowych mass mediów, reagowali zdziwieniem i smutkiem. Zdziwieniem, bo nie rozumieli tego całego medialnego chaosu, który zdawał się funkcjonować w zupełnie innej rzeczywistości niż oni. A smutkiem, bo wyolbrzymione, katastroficzne wizje, propagowane przez światowe media, odnosiły dokładnie odwrotny skutek, niż potrzebowała (i potrzebuje w tej chwili) tego Japonia. Cała ta postkatastroficzna histeria, z zacięciem kreowana przez zachodnie mass media, spowodowała masowe (!) wyjazdy obcokrajowców oraz spadek ruchu turystycznego prawie do zera. Dziesiątki tysięcy małych i średnich firm w całym kraju zostało odciętych od źródła dochodu, od środków, które w tym okresie są wyjątkowo potrzebne krajowi, aby mógł walczyć ze skutkami kataklizmu. Tak nam to przedstawiali licznie spotykani mieszkańcy Nihonu, zafascynowani tym, że mimo tej całej "medialnej szopki", zdecydowaliśmy się jednak przyjechać. Przyznać muszę, że sami również byliśmy tą sytuacją zaskoczeni. Choć nie tylko - innego rodzaju emocje również miały w tym swój udział.




Słuchaliśmy o tym wszystkim i przyglądaliśmy się temu z bliska z głowami pełnymi przeróżnych, dziwnych często, wniosków. Poruszając się po Tokyo i okolicach, bez przerwy natrafialiśmy na Japończyków, którzy dziękowali nam za to, że w tak trudnych dla nich chwilach zdecydowaliśmy się przyjechać do Japonii. W czasie, gdy zachodni turyści, napędzani przez histeryzujące media, masowo uciekają z kraju i odwołują swoje wyjazdy do Japonii. Dziękowali nam za to, że jesteśmy tu z nimi i prosili, aby uświadomić ludziom poza Japonią, jak naprawdę wygląda sytuacja (o to ostatnie akurat prosić nas nie musieli).

Dziękowaliśmy za wszystkie miłe słowa i słuchaliśmy tego z rosnącym zdumieniem. Znać teorię - to jedno. Doświadczyć realiów - to zupełnie inna bajka. W tym jednak przypadku słowo "bajka" miało gorzki, pejoratywny wydźwięk i tyczyło się ludzi, których praca powinna opierać się na twardych faktach. Przesadzam? Najwyżej troszeczkę.

Warto jednak tutaj dodać na marginesie, iż głównym źródłem całego zamieszania były przede wszystkim media amerykańskie. Faktem jest, iż w Polsce cała sprawa miała nieco łagodniejszy przebieg. Stąd też osoby, które nie śledziły na bieżąco wydarzeń w serwisach zachodnich, mogą nie do końca rozumieć istotę całego zamieszania.



Spojrzałem na moją skrzynkę emailową. Od czasu uderzenia w Japonię tsunami, wypełniła się ona wieloma dziesiątkami listów od zmartwionych, często młodych, fascynatów Japonii, dopytujących się o sytuację na miejscu. Ale to nie liczba tych pytań mnie zadziwiła najbardziej, lecz ich treść. Nadawcy byli często przerażeni tym, co widzieli w TV i ku mojemu zdziwieniu ich obraz tego, co rzeczywiście działo i dzieje się w Japonii, był - delikatnie mówiąc - nierealny. Bo jak inaczej odebrać pytania typu: "Czy Japonia kiedykolwiek podniesie się ze zniszczeń?", "Naprawdę macie zamiar ryzykować życie, jadąc do napromieniowanego kraju?!", czy też "Czy został w Japonii choć kawałek terenu, który nie uległ zniszczeniu?", itp. itd. Mówiąc w skrócie, obraz Japonii w głowach tych wszystkich ludzi, jawi(ł) się niczym obraz po apokalipsie: obszarów zmiecionych przez wody tsunami oraz napromieniowanych miast z panikującą i głodującą ludnością. Napisałem mnóstwo emaili i postów w internecie z odpowiedziami i wyjaśnieniami, starając się wyklarować sytuację, lecz moje działania zaczęły przynosić efekty dopiero wtedy, gdy główni winowajcy tego globalnego, dezinformującego zamieszania, zmniejszyli intensywność swoich działań. Dobrze, że w końcu. Smutno, że w ogóle taka sytuacja miała miejsce.

Nie będę się tutaj rozwodził nad ważną rolą społeczną, jaką dźwiga na sobie zawód dziennikarza. Nie mam zamiaru też rozpaczać nad mass mediami, które zamiast przekazywać rzetelne i bezstronne informacje, urządzają szkodliwy w swych skutkach medialny show. Niby to wszyscy wiemy, a przynajmniej wiedzieć powinniśmy, a jednak nadal dajemy sobie urządzać pranie mózgów. I chyba właśnie to jest w tym wszystkim najbardziej przerażające, ponieważ ta globalna dezinformacja dotyczy absolutnie wszystkiego - od przekazywanych nam informacji ze świata, po rzeczy najprostsze, dotyczące tego co jemy, w co się ubieramy, co myślimy. Jeśli sami nie nauczymy się tego nawału bełkotu informacyjnego filtrować, odrzucając informacje z różnych względów zmanipulowane, przeinaczone, przekłamane i odcedzać z nich to, co jest prawdziwe, to nie czeka nas żadna dobra przyszłość. Nie, nie popadam w paranoję, po prostu jest mi smutno, że w ogóle muszę poruszać taki temat, bo to oznacza, że żyjemy w chorym i zakłamanym świecie.


Patrząc na to, co wydarzyło się w Japonii, uważam że kraj ten przeżył trzy kataklizmy: trzęsienie ziemi, tsunami i na koniec został uderzony bombą medialną, która moim zdaniem wywołała nie mniejsze szkody, niż dwa poprzednie kataklizmy. A patrząc na bardziej długotrwałe skutki, kto wie, czy nie największe.

Nie będzie żadnego podsumowania na koniec. Moim celem nie jest tu walka z systemami, lecz przekazywanie informacji o miejscu, które zajmuje w moim sercu ważne miejsce. Przekazuję to, co zobaczyłem, usłyszałem i czego spróbowałem. Niech każdy sam zastanowi się, co z tym zrobić.





Nie chciałbym również, aby ktoś czytając powyższe słowa doszedł przypadkiem do wniosku, że powyższa wyprawa do Japonii przebiegła w atmosferze przygnębienia i skandalu. Wcale tak nie było. Wybraliśmy się tam, aby nakręcić kolejny materiał do naszej filmowej serii "Japonia oczami fana" i jak zwykle, doskonale się bawiliśmy. Materiały te ujrzycie w większości w trzeciej serii naszego cyklu, a tymczasem - zapraszam na serię drugą, która nadal trwa i już wkrótce, po chwilowej przerwie, znowu ruszy pełną parą. Do zobaczenia.

11 komentarze: