Nikt mi nie uwierzy! tokijskie opowieści

15:00:00 MrJedi 1 Comments

Jeśli podróżujecie po świecie, lub znacie kogoś, kto podróżuje - szczególnie do krajów opartych na kulturach skrajnie odmiennych od naszej - zapewne spotkaliście się z sytuacjami, tudzież opowieściami, które wyglądały lub brzmiały, co najmniej dziwnie. Tak to już bowiem jest, że podczas podróży spotykają nas różne sytuacje, również takie, które nas totalnie zaskakują. Z czasem więc każdy podróżnik zbiera coraz więcej takich historii, które potem opowiadane wieczorami przy przysłowiowym piwie, wywołują różne reakcje - śmiech, niedowierzanie, zaciekawienie, zaskoczenie, a nawet przerażenie. Śmiem nawet twierdzić, iż to właśnie takie zdarzenia nadają sens naszym podróżom - gdyż spotykając się z sytuacjami skrajnie odmiennymi od tych, jakie spotkalibyśmy w swoim kraju - wzbogacamy, poszerzamy swój światopogląd i w rezultacie - stajemy się mądrzejszymi i lepszymi ludźmi, gdyż w ten sposób uczymy się patrzeć z innych punktów widzenia. Ale - nie o tym chciałem pisać. Wracając zatem do owych niecodziennych zdarzeń, jakich jesteśmy świadkami podczas dalekich podróży. - Przebywając regularnie w Japonii, ja również byłem stawiany w najróżniejszych sytuacjach - również tych skrajnie dziwnych, szalonych, niecodziennych. W tego typu sytuacjach zawsze wyrywały mi się z ust te same słowa: "Jak o tym opowiem, nikt mi nie uwierzy!" - tym bardziej, że jak na złość, nie zdążyłem/nie mogłem (niepotrzebne skreślić) użyć w tym momencie ani aparatu fotograficznego, ani kamery. Po owych zdarzeniach więc pozostały jedynie moje ulotne wspomnienia, przywoływane do życia tylko czasami. Aby zatem nie zatarły się one do końca, piszę te słowa, aby podzielić się z Wami takimi właśnie - często nieprawdopodobnymi - opowieściami, sytuacjami, których byłem świadkiem podczas licznych pobytów w Kraju Kwitnącej Wiśni. Zapewniam, że wszystkie zdarzyły się naprawdę, a że mogą dla kogoś brzmieć nieprawdopodobnie... cóż - i dlatego właśnie są tak fascynujące.

Opowieść pierwsza: wieczorny spacer ze zwierzakiem

Pewnego wieczoru, wracając do swojego apato (mieszkania), wybrałem drogę "na skróty", tj. postanowiłem pokonać trasę pomiędzy stacją tokijskiego metra, a moim apato, pomijając główną ulicę, a zamiast tego skierowałem swoje kroki w urocze, tokijskie uliczki, pokrywające gęstą siecią wszelkie obszary pomiędzy głównymi arteriami miasta. Spacery mniejszymi ulicami Tokyo to wspaniała przygoda, zawsze trafi się na jakieś ciekawe miejsca - a to małe, przytulne restauracyjki, a to znowu na "mangowe secondhandy", o których nie miało się dotąd pojęcia, itp. Mówiąc w skrócie - przygoda w zasięgu ręki. A zatem, idąc sobie pewnego wieczoru właśnie taką uliczką, mój wzrok zatrzymał się na jednym z licznych w tej okolicy trawnikach, przylegających do niewysokich budynków mieszkalnych. Trawnik jak trawnik, nic nadzwyczajnego - zadbany, jak wszystkie trawniki w Tokyo, lecz moją uwagę przykuła postać młodego Japończyka, na oko dwadzieścia parę lat, trzymającego na smyczy zwierzaka. Ot, zwykły wieczorny spacer przed snem. I wszystko byłoby OK, gdyby nie to, że w panującym na trawniku półmroku ja i moja towarzyszka zauważyliśmy, iż gabaryty owego zwierzaka zdają się trochę odbiegać od normy. Innymi słowy - w życiu nie widzieliśmy tak dużego psa! A jakoś nic innego nie przychodziło nam do głowy. Spojrzeliśmy na siebie pytającym wzrokiem i nie przerywając spaceru, utkwiliśmy spojrzenia w dziwnym stworzeniu, które właśnie mijaliśmy. Chwilę nam zajęło, zanim zrozumieliśmy, z czym mamy do czynienia. Nasze twarze rozjaśnił szeroki uśmiech, gdy uświadomiliśmy sobie, jak kuriozalnej sytuacji jesteśmy świadkami. Otóż owym dziwnym zwierzakiem był... kucyk! Wyobrażacie sobie? Centrum wielkiej metropolii, trawnik - a tu facet z kucykiem na "wieczornym siusiu". - Byliśmy tak zakręceni tym odkryciem (i przy okazji bardzo zmęczeni dosyć intensywnym dniem, to inna sprawa), że zapomnieliśmy o aparatach i kamerach, zdążyliśmy jeszcze tylko pochwalić ślicznego zwierzaka (właściciel był bardzo szczęśliwy) i po chwili ta niecodzienna scenka rodzajowa zniknęła nam z oczu. Kilka następnych chwil upłynęło nam na radosnym rechocie. Nasze reporterskie usposobienie tym razem zareagowało z opóźnieniem - niestety, zdjęć nie mamy. Ale za to, ilekroć przypomnimy sobie tę sytuację, na nowo zaczynamy się śmiać. Czasami nas tylko zastanawia - gdzie, w tych małych tokijskich mieszkankach - tenże miłośnik zwierzaków kopytnych, przechowywał swojego pupila? Czyżby to była... nie, to niemożliwe... o_O!

Opowieść druga: do you speak engrish?

Kwestia języka angielskiego używanego w Japonii, to zupełnie osobna opowieść, z którą związane jest tyle anegdot, iż wypełniłyby one pokaźnej grubości książkę. Nie wiem, czy w tych kilku zdaniach będę w stanie naświetlić, choćby bardzo ogólnie, naturę tego zjawiska tak, abyście zrozumieli, o co mi chodzi. Rzecz w tym, że wśród Japończyków umiejętność płynnego posługiwania się językiem angielskim jest zjawiskiem bardzo rzadkim, a ponadto występuje tu coś takiego jak "engrish", czyli język angielski przekształcony/przepuszczony przez język japoński, co w rezultacie daje zupełnie inny, "trzeci język", określany często właśnie jako "engrish". Uwierzcie mi, jeśli nie macie pojęcia o choćby podstawach języka japońskiego, to choćbyście doskonale władali językiem angielskim, na "engrishu" połamiecie sobie zęby. Tak czy owak, pomijając wszelkie bardziej szczegółowe wyjaśnienia, wiedzcie tylko tyle, iż w Japonii narzędzie, jakim jest język angielski, ma dosyć ograniczony zasięg. Nawet w takich miejscach jak hotel pełen anglojęzycznych gaijinów, gdzie obsługa - zdawać by się mogło - powinna sobie z tym językiem doskonale radzić, bywa z tym często problem. Jakie więc było nasze zdziwienie, gdy pewnego dnia wstąpiliśmy do sklepu z pamiątkami z Japonii, spodziewając się standardowej - bardzo miłej i "bezanglojęzycznej" japońskiej obsługi - gdy ze stoiska z kimonami wyskoczyła nam na powitanie pełna energii na oko około 60-letnia pani, która językiem angielskim posługiwała się tak płynnie, że aż nas na chwilę zamurowało. Uroku całej sytuacji dodawał jeszcze fakt, iż w przeciwieństwie do zamkniętej i wycofanej przed kontaktami z obcymi, natury większości Japończyków, ta żwawa babcia była tak entuzjastycznie otwarta na kontakt, że aż wydała nam się nierealna na tle zamkniętego w sobie tłumu tokijczyków, wśród których gaijin z naszej części świata czuje się zupełnie odizolowany i zepchnięty na margines - samotny wśród tłumów. Podobna sytuacja spotkała nas pewnego razu, gdy zmęczeni całodziennym podziwianiem kwitnącej wiśni, usiedliśmy sobie na murku przy jednym z licznych w tej części miasta domów jednorodzinnych. Przechodząca obok nas starsza pani nagle na nas spojrzała, jej twarz rozjaśnił uśmiech, po czym bardzo ładną, płynną angielszczyzną, zaprosiła nas do podziwiania drzew sakury w jej okolicy. Wierzcie mi, to naprawdę nietypowe sytuacje jak na Japonię - każdy, kto zagościł w tym kraju na nieco dłużej niż parę tygodni, zrozumie o co chodzi. Na koniec przytoczę jeszcze jedną sytuację, która nie wiedzieć czemu, bardzo utkwiła mi w pamięci. Otóż któregoś razu, będąc na lotnisku Narita, nieco się zagubiliśmy w poszukiwaniu terminalu z którego mieliśmy odlecieć. Nagle, niczym spod ziemi, wyrósł przy nas elegancki Japończyk w średnim wieku, ubrany w doskonale skrojony garnitur (co w japońskim zalewie bylejakich garniturów, noszonych przez tamtejszych "salarymanów", jest naprawdę czymś wartym podkreślenia) i zapytał nas przepiękną angielszczyzną, w czym może pomóc. Krótka wymiana zdań pozwoliła nam szybko zażegnać nasze wątpliwości i przy okazji dała możliwość podziwiania naprawdę wyrafinowanej elegancji, jaką emanował ów - bez dwóch zdań - dżentelmen. Gdy już wszystko sobie wyjaśniliśmy, mężczyzna zapytał nas - skąd jesteśmy. Gdy tylko usłyszał słowo "Polska", natychmiast wyciągnął rękę i - po trwającej ułamek sekundy ledwo zauważalnej chwili, podczas której poszukiwał w głowie odpowiednich słów - powiedział: "dzień dobry!", a po chwili: "do widzenia!" - i już go nie było. Niby drobiazg, ale - jakże miły.

Opowieść trzecia: winda pełna koronek

Zakupy w Tokyo, to niepowtarzalne doświadczenie. Nigdzie indziej tak nie smakują, jak tam. Ma na to wpływ wiele czynników - niesamowity wybór towarów i usług, nadzwyczajna jakość obsługi, unikalność modeli - i kilka innych elementów nad którymi długo by się rozwodzić. Kto sam zasmakował - wie o czym mowa. Kto nie zasmakował - nie zrozumie. - Tak czy owak, to zdarzyło się nam podczas właśnie takiego wypadu na zakupy. Tego dnia naszym celem stały się sklepy z ciuchami dla fanów stylu gotyckiego. Sklep z tego typu artykułami, który znaleźliśmy w jednej z dzielnic Tokyo, należał do jednego z największych tego typu - 7 pięter, a na każdym określona odmiana mody gotyckiej: gothic lolita, gothic rock - i tak dalej. Moda "gothic lolita" (różowe koronki, kapelusiki, podwiązki, itd. - wszystko różowe) znajdowała się na samej górze i choć nas jakoś specjalnie nie interesowała, postanowiliśmy dla zasady wjechać windą na samą górę i schodząc w dół, zwiedzać kolejne piętra. Plan był doskonały - bez dwóch zdań. Nie zastanawiając się zatem zbytnio, wskoczyliśmy do windy - a wraz z nami, wchodzące właśnie do budynku, szczebioczące Japoneczki, przebrane od stóp do głów właśnie w owym wspomnianym wyżej, różowym stylu "gothic lolita". I OK, myślimy sobie, jakoś to przeżyjemy. Co prawda winda jest bardzo mała, ale te kilka osób jakoś się zmieści, wciskając się w te wszystkie koronki i inne różowe bibeloty. Nie to, żebyśmy coś mieli przeciw kolorowi różowemu - wręcz przeciwnie, bardzo go lubimy. Jednak (wyjątkowo) okrąglutkie Japoneczki, powbijane w masę różowych koronek, wydały nam się dosyć specyficznym zjawiskiem, nawet jak na normy japońskich ulic, na których ekstrawagancja młodych Japończyków, jeśli chodzi o modę, potrafi przekraczać wszelkie normy. Ale - OK. Wśliznęliśmy się więc do małej windy i w całkowitej ciszy (co było trochę trudne w tej sytuacji) ruszyliśmy w górę. Jak się oczywiście okazało, nasze towarzyszki również kierowały się na najwyższe piętro. Jeszcze chwila - myślimy sobie - i będzie z głowy. Każdy pójdzie w swoją stronę. Nie ma problemu, damy radę - zachowamy klasę aż do końca. No i właśnie wtedy otwarły się drzwi windy. Zanim zorientowaliśmy się w sytuacji, już byliśmy poza nią - wyszliśmy i... zamarliśmy. Całe piętro tego niezwykłego domu handlowego tętniło od różowych koronek, zaś wąskimi alejkami, pomiędzy licznymi półkami z różowymi towarami, krążył tłum okrąglutkich, różowych lolitek, poubieranych w kilogramy różowych koronek, kokardek, wstążeczek i setek innych różowych akcesoriów probieliźnianych. Jeśli nie zrozumieliście natury tej sytuacji - nic na to nie poradzimy - nie jesteśmy Wam w stanie tego wytłumaczyć. W każdym razie nasza reakcja była natychmiastowa - gdy tylko wyrwaliśmy się z różowego ścisku, wykonaliśmy zwrot w tył i ostatnim rzutem na taśmę, wskoczyliśmy do właśnie otwierającej się pustej windy. Niestety, znowu staliśmy się ofiarami własnej zapobiegliwości, bowiem trafiwszy w przeciwległą ścianę windy i wykonawszy kolejny zwrot o 180 stopni, zrozumieliśmy, iż znajdujemy się w kolejnej pułapce. Za nami, do windy, wlał się świergoczący, różowy tłum lolitek, a było ich tyle, że ledwie mogliśmy oddychać. Gdy drzwi windy z trudem się za nami zatrzasnęły, spojrzałem tępym wzrokiem na swoją towarzyszkę i w jej oczach zobaczyłem to samo, błagalne pytanie, które obijało się również w mojej głowie: "Co tu się do cholery dzieje?!". Wywracając wokół rozszalałym wzrokiem, naliczyliśmy ok. 10 różowych, jazgoczących stworzonek, a między nimi było coś, co już zupełnie dodało całej sytuacji arcyabsurdalnego zabarwienia - na samym środku ćwierkającej, różowej masy koronek, wznosił się wielki jegomość, wyższy od całego tłumu lolitek co najmniej o trzy (wielkie!) głowy, przebrany ni mniej ni więcej, tylko właśnie w - oczywiście - różową gotycką lolitkę! W przeciwieństwie do cieniutkich, świergoczących głosików falującego na dole tłumiku, jego tubalny głos z niebios brzmiał w tej (bardzo!) małej windzie niczym boskie gromy. Wielki facet wywijał łapskami i zawzięcie rozmawiał z różowym tłumem, falującym w okolicach jego pasa. - Boże! Ile bym dał, żeby móc teraz sięgnąć po kamerę! - Pomyślałem z rozpaczą, jaką jest w stanie zrozumieć tylko ktoś z naturą dziennikarza z obsesyjnymi zapędami kronikarskimi (tak jak ja). Gdy spojrzałem na moją towarzyszkę, zauważyłem, iż ona myśli o tym samym, zerkając na swoją sprasowaną torbę z wielkim jak armata aparatem fotograficznym. - Wszystko skończyło się tak nagle, jak się zaczęło - różowy tłum wypluł nas z windy, drzwi się za nami zatrzasnęły. Stojąc na pustym korytarzu spojrzeliśmy na siebie i zgodnie potwierdziliśmy: "Nikt nam nie uwierzy!".

Na sam koniec, zaraz po opuszczeniu tego wyjątkowego domu handlowego, natknęliśmy się na kolejną anomalię - tym razem był to "tęczowy piesek". Tym jednak razem udało mi się sięgnąć po kamerę...

1 komentarze:

JOF01 :: special 1 :: Japanese Boy

22:07:00 MrJedi 2 Comments


Japonia, to dla gajdzina wychowanego w zachodniej części naszej planety, bardzo dziwny kraj, jeśli chodzi o pewne zachowania obu tamtejszych płci. Ot, chociażby takie przebieranie się w ciuchy płci przeciwnej. O ile niespecjalnie dziwi nas, gdy zrobi to przedstawicielka płci pięknej, o tyle większość np. Europejczyków, odczuwa niejaką konsternację, widząc na japońskich ulicach najczęściej młodych mężczyzn, przebranych w kobiecie ciuszki. Ot tak, zdawać by się mogło, zupełnie bez powodu. Nic bardziej mylnego - nic nie dzieje się bez powodu. Wystarczy chociażby sięgnąć do historii tego kraju, aby przekonać się, że nie jest to zjawisko nowe, choć nowa jest jego forma.



Niekiedy zwykłem sobie żartować, iż - jeśli chodzi o problem rozpoznania, z jaką naprawdę płcią mamy do czynienia (a takie problemy, uwierzcie mi, gajdzinowi się zdarzają) - wystarczy ocenić urodę takowej "potencjalnej kobiety". Jeśli owa przedstawicielka płci niewiadomej jest naprawdę piękna i nogi się pod nami uginają pod ciężarem jej urody - to bez wątpienia - jest to mężczyna. (!) Oczywiście, to żart, ale... wierzcie mi również - nie pozbawiony i odrobiny prawdy. ;) Tak czy owak - w powyższym teledysku znajdziecie głównie ujęcia z udziałem przedstawicieli płci męskiej, ale jest też tu kilka ujęć, w przypadku których pewności - o jaką płeć chodzi - stuprocentowej nie uzyskałem. A które to ujęcia? Ha! - zachęcam do uważnego oglądania. Sami przekonajcie się, czy potraficie, bez żadnych wątpliwości, w każdym przypadku, dokonać takowego podziału. Życzę miłej zabawy. ;)

2 komentarze: